doDekafonia

doDekafonia

Tej nocy nie mogłem zasnąć. Za cholerę. Przewracałem się nerwowo z boku na bok i im bardziej usnąć chciałem, tym bardziej nie potrafiłem. Przez godzinę, może półtorej, głównie biłem się z myślami. W końcu skapitulowałem. Zrezygnowany postanowiłem czegoś posłuchać. Czasem to dobrze robi na sen.

Wybrałem „Dodekafonię” Strachów na Lachy.

To był zły wybór…

Krzysztof Grabaż Grabowski należał dotychczas do grona artystów, których cenię, a których twórczość niezbyt dobrze znam i – na dodatek – jakoś niespecjalnie mnie do niej ciągnie. Nigdy nie zaliczałem się do grona fanów Pidżamy Porno ani Strachów. „Dodekafonia” też odstała na półce ponad miesiąc.

Jestem już dość dużym chłopcem i – zwierzę się wam w tajemnicy – od jakiegoś czasu zachwycam się (czymkolwiek) z coraz większym trudem. Nie wiem więc, czy to brak snu osłabił moje krytyczne nastawienie, czy ciemność i cisza wyostrzyły mi zmysły, ale od dawna żadna płyta nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak ta. Po jej wielokrotnym przesłuchaniu jestem niesamowicie poruszony. Trafia w samo sedno moich emocji, refleksji, w samo sedno mojej wrażliwości.

Zawsze uważałem, że sztuka o tyle ma sens, o ile coś w człowieku otwiera. Jakąś kolejną klapkę. Choćby niewielką i choćby na chwilę. W gruncie rzeczy nie jest aż tak istotne, czy czyni to przy pomocy starego klucza, czy wymyśla nowe.

I powiem szczerze – odebrałem ten album na tyle osobiście, że mało mnie obchodzi, czy „obiektywnie” to wielka muzyka. Podobnie jak rozważania, czy Grabaż „aż” poetą, czy „tylko” tekściarzem jest.

Nie wiem jak długo „Dodekafonia” pozostanie dla mnie arcydziełem. Póki co – jest. Skończonym. Pod każdym względem. Również realizatorskim i wydawniczym. Brzmi znakomicie, a trzymając ją w ręku ma się niezbity dowód, że płyta powinna płytą pozostać. Nie empetrójką, czy innym „bezstratnym” fla(c)kiem. Mniejsza nawet o nośnik – prawdziwy album powinien mieć okładkę (bo ta może być znakomitym dopełnieniem jego zawartości) i książkę z tekstami, nad którymi warto się czasem pochylić (nad tymi z pewnością warto). Gdy tego zabraknie – każdy, nawet najzajebistszy format odbierał będę jako stratny. Amen.

Do rana słuchałem „Dodekafonii”. Nie spałem tej nocy. Może – jak na ironię – właśnie dlatego, że Grabaż śpiewa:

Coraz mniej nam z oczu – wiem
Idzie definitywny BACH
Zostawiam pożegnalny list i
Kopertę z moim DNA
Dalej po cichutku gra Radio Dalmacija
Zgasiłem światło już
Bardzo chce mi się spać”

Strachy Na Lachy „Dodekafonia” 2010 (6/5)

fot. Sławomir Nakoneczny

Sample:

„Radio Dalmacija”

„Żyję w kraju”

9 komentarzy to “doDekafonia”

  1. elvis napisał(a):

    Gramofanie, identyczna sytuacja: Grabaża znam głównie z tego, co mi Trójka zagra, i za każdym razem trafia w sam środek. Więc już chyba czas przerzucić się na Radio Dalmacija. Piękne. Niegdyś w pracy (chyba) naukowej udowadniałem, ze rym w silnie i prosto zrytmizowanej piosence rockowej nie ma pierwszorzędnego znaczenia. Grabaż genialnym romantycznym rymowaniem rozp… moje tezy w drobiezgi, na szczęście promotor nie miał o nim pojęcia. Piękne.

  2. Pilot napisał(a):

    Cieszę się, że „zajęliście się” tą płytą. Ja tez nie jestem wyznawcą Grabaża, płyta nie weszła mi łatwo, nie od pierwszego przesłuchania. A teraz słucham ciągle, z nie słabnącą przyjemnością. Płyta dla dorosłych.

    • I napisał(a):

      ja bardzo dorosły nie jestem a też uważam, że to zajebista płyta. niedługo będę chciał wybrać się na koncert grabaża i spółki. ciekawy jestem jak wypadną na zywo.

  3. Lwu napisał(a):

    Płyta jest świetna, mimo iż nie miałem wcześniej styczności z SNL. Na pewno nie jest to muzyka łatwa i z pewnością nie dla młodego niewyrobionego słuchacza.
    Szczególne ukłony dla mojego Darczyńcy:)
    Moje muzyczne horyzonty poszerzyły się o SNL:)

  4. spirydion napisał(a):

    odkrylem to w te wakacje i rzeczywiscie sa tam rzeczy powalające, choc mysle ze jak to w przypadku plyt Grabaża ,ogolnie calosc nie jest na tym samym poziomie (mimo tego ze w sumie bardzo spojna to plyta 🙂 ale troche sie czepiam a nie ma az tak bardzo znowu czego.
    tak czy inaczej, na pewno bede do tego wracal. a Radio Dalmacija to numer ktory rozgniata. trudno po takim skonczeniu albumu zasiasc do nagrywania kolejnego…

  5. gRamofan napisał(a):

    Po dwóch latach z okładem wciąż nie widzę na tej płycie słabych punktów. Nawet jeśli takie są :).

  6. spirydion napisał(a):

    ogólnie w całosci kilka metafor i nieco topornych gitar bym zmienił ,wyrzucił kilka slabych linijek tekstu oraz „na na na na” w skądinąd bardzo dobrym „zyje w kraju”, inaczej umiejscowil albo skrócil zbyt senne „cafe sztok” no i przede wszystkim nie dawał do tytułu piosenki wyrazu „buziakowcy”,moze sympatycznego ale nie pasującego do tej płyty ni cholera. a nawet ni ch&ja:)

    no ale to naprawde nie zmienia faktu ze jest wiecej niz dobrze bo inne skladniki naprawde sa trafione. juz sama „Dziewczyna o chlopiecych sutkach” z nawiazka rekompensuje to co podalem w pierwszym akapicie a to jest zaledwie trzeci najlepszy tu kawałek (za ostatnim i za tytułowym ale przed pierwszym! ktory tez robi duze wrazenie mimo moich pewnych drobnych „ale” 🙂

    ja naprawde strasznie cenie te plyte. chcialem tylko powiedziec ze sila Grabaza tkwi w tym ze nie jest doskonaly w tym co robi. i chwala mu za to, to co robi jest mocne ale nie boskie tylko ludzkie. robi bledy ale to sa bledy ktore sa w tym wypadku niemal zaletami:) bo uwypuklaja te zajebiste ruchy ktore im towarzyszą!

  7. gRamofan napisał(a):

    a) które konkretnie linijki byś wyrzucił lub zmienił? 🙂
    b) „na na na na” w tym akurat miejscu kawałka jest ok, choć jakby je wyrzucić, to dziełko by na tym nie ucierpiało szczególnie.
    c) „cafe sztok”, jest jednym z moich ulubionych utworów na tej płycie (choć nie od razu go aż tak polubiłem) a i jego lokalizacja mi pasuje.
    d) jeśli bym coś skrócił (lub wyrzucił), to właśnie „dziewczynę o chłopięcych sutkach”, dla mnie najbardziej senny kawałek tej płyty. kiedyś, przyznaję, czasem pomijałem w trakcie słuchania …ale ostatnio polubiłem, zwłaszcza gdzieś tak od 4 minuty.
    e) jest coś w tym, co napisałeś w ostatnim akapicie. już jakiś czas temu stwierdziłem, że idealna płyta nie może być zbyt idealna. że potrzebne są 2-3 słabsze kawałki, które dają chwilę oddechu i pozwalają z tym większą przyjemnością smakować pozostałe. a już w ogóle z miszczostwem mamy do czynienia wówczas, gdy te niedoskonałe utwory po jakimś czasie okazują się jednak doskonałe, a nawet doskonalsze od pozostałych. z przyjemnoscią wówczas konstatujemy, że zostaliśmy zrobieni w bambuko i że to tylko taka podpucha była. takie płyty lubię najbardziej. 🙂

  8. spirydion napisał(a):

    w tym co mowisz o najlepszych plytach jest duzo prawdy, to jest bardzo ciekawe jak sie czasem zmienia podejscie do niektorych numerow i ich miejsca w calosci. choc musze przyznac ze jesli po kilku-kilkunastu przesluchaniach wiem juz co jest „gwozdziem” albumu to niezbyt czesto sie zdarza, tylko na nielicznych plytach (niekoniecznie najwiekszych), ze te „mniej doskonale” sa w stanie potem tym gwozdziom zagrozic:) moga zostac uznane za DUZO lepsze niz wczesniej myslalem (np. na the Smiths „queen is dead”: kiedys mi przeszkadzalo Frankly mr. shankly a dzis lubie ten kawalek) ale raczej nie sa one w stanie zagrozic gwozdziom, ktore jak to one – jak juz sie wbija gleboko w niektore materialy to trudno je wyjac i w tym miejscu wbic cos innego:)

    a co do tamtego tekstu – PRZECZYTALEM sobie „zyje w kraju” raz jeszcze i mam dziwne refleksje – choc bardzo lubie to jak spiewany jest ten numer (zwlaszcza dobrze pomyslane wokalnie sa zwrotki!) to o dziwo tekst mi sie bardziej podoba napisany:) i teraz chyba tylko wyrzucilbym „kto zwazy kolarzy” ale to bardzo subiektywne, po prostu nie podoba mi sie to, i nie dlatego ze absurdalne bo nie mam nic przeciwko…i jeszcze ten wers o „szostej rano” mnie nie przekonuje.. ale to jest naprawde dobry tekstowo i wokalnie numer, tak czy inaczej.
    .

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *