God Save the MK235

God Save the MK235

Kiedy myślę o sobie (a znajomi potwierdzą, że to mojego myślenia motyw przewodni), nie czuję, abym był szczególnie związany z ruchem punkowym. Jednak rzuciwszy światła nieco na odległą przeszłość, uświadamiam sobie, że momenty były. I tak:

1989 – zostaję współautorem, wraz z gitarzystą Lewarem, monumentalnego kawałka „Odpadki ludzkości”, opartego na Lewarowym riffie G-D-A, a głoszącego: „Do nas świat należy/My, odpadki ludzkości/Patrzymy na świat przez kraty/Nienawidzimy świętości”.

1990 – poznaję twórczość Sex Pistols i proszę mamę, aby naszyła mi „A” w kółku na czarnej koszulce. Wychodzi znak przystanku autobusowego, ale nieważne, obcinam tępymi nożyczkami spodnie – jedna nogawka powyżej, druga poniżej kolana – i jest gites.

1991 – jako basman grupy o złowieszczej nazwie HIV wykonuję na koncercie w rawskim emdeku standardy: „Anarchy In The UK” oraz „Butapren” (kto mi przypomni nazwę polskiej grupy, która to grała?). No i „Odpadki ludzkości”.

1992 – kończę z 16-letnim okresem abstynencji. W dobrym tonie jest wejść do geesu i powiedzieć: „Najtańsze wino poproszę”. Przebojem sezonu jest jabol marki „Turbacz”, na którego etykiecie explicite informowano: „zawartość SO2 1/5”…

Potem jednak okazało się, że niczym Glenn Matlock – za bardzo lubiłem Beatlesów. Nie pojechałem do Jarocina. Odmówiłem także wąchania budzia i udziału w słynnym epizodzie odbijania lidera punkowej grupy Kastrat z miejscowego komisariatu. Nazywano mnie hip-punkiem i do dziś nie wiem, czy to miał być komplement czy obelga. Mnie się podobało.

W każdym razie punk wyparował ze mnie, tak myślałem, całkowicie. I dopiero artykuły z kategorii GRAty – o audiofilach, empetruchach i słuchawkach dla ubogich uświadomiły mi, że do słuchania podejście mam ortodoksyjnie punkowe.

Mianowicie uważam, że najlepszym sprzętem do odtwarzania dzieł muzycznych jest przenośny magnetofon Grundig MK235.

Nie jest to zdjęcie tego konkretnego modelu, gdyż zaginął on podczas przeprowadzki (a szkoda, byłby dziś w wieku chrystusowym). Dlatego zaznaczam, że mój w przeciwieństwie do powyższego miał całkowicie srebrną kieszeń, która zresztą wyłamała się w trakcie częstego noszenia na próby HIV. Na to, co przeżył, był i tak niezniszczalny, ale zapamiętałem go też ze względu na inne cechy. Otóż odtwarzał nieco szybciej, niż powinien, co sprawiało, że tym bardziej ceniłem warsztat Larsa Ulricha w „One”. Odtwarzał też nieco wyżej, więc bardziej podziwiałem wokalne odloty Roberta Planta na „Led Zeppelin I”. Kiedy w krótkiej fazie bardzo ostrego grania kładłem się z Grundigiem przy uchu, przyspieszony i podwyższony hałas zespołu Carcass brzmiał kojąco, jak morza szum, ptaków śpiew…

MK235 wpłynął również – dzięki swej najbardziej magicznej właściwości – na rozwój mojej techniki gitarowej. Otóż czasami nagrywałem na nim jakiś riff czy ścieżkę basu, żeby potem do tego podkładu poćwiczyć drugą partię gitary. Przy odtwarzaniu okazywało się, że nagrany podkład leci o pół tonu wyżej niż w rzeczywistości. Więc grałem drugą ścieżkę o jeden próg wyżej, w magicznym świecie krzyżyków i bemoli.

Jeśli jeszcze ktoś nie widzi w tym wystarczających argumentów „za”, to dodam, że: na Grundigu pierwszy raz usłyszałem „Autobiografię” i „Rubber Soul” – dzieła, które nie tyle ukształtowały mój muzyczny świat, co stworzyły od zera, wydobyły z chaosu. A potem piosenkę, którą nazywałem „Nothing Is Real”, zanim dowiedziałem się, że nosi tytuł „Strawberry Fields Forever” (kaseta żelazowa z zielonego plastiku). Na Grundigu słuchałem „Lithium” i „Lounge Act” w dzień po śmierci Cobaina, a 3 kwietnia 1993 r., w dniu śmierci Słowackiego i moich urodzin, pijany jeszcze po szkolnym wyjeździe na „Kordiana”, w środku nocy zapuściłem pierwszy raz „Passover” Joy Division. Wreszcie na Grundigu nagraliśmy pierwszą wersję „Odpadków ludzkości” i bluespunkowy cover „Bright Lights, Big City”, i wiele innych kawałków, które tak cudownie nam się wspólnie kaleczyło…

I o ile doskonale jest wysłyszeć ten i ów smaczek, a nawet ten czy ów instrument, który Grundig potrafił przegapić, to nie w tym momencie rodzi się dla mnie wartość muzyki. Mam do niej bowiem stosunek skrajnie sentymentalny i nieprofesjonalny, a ingardenowskiej postawy estetycznej nie ma we mnie za grosz. Kartofle z ogniska mają być z popiołem na gazecie, a nie bez skórki na miśnieńskiej porcelanie. I jeżeli muzyka ma TO COŚ, to dla mnie może być grana z MP3, na niedostrojonym radiu albo przenośnym magnetofonie.

I nie ma się co śmiać. Manifest to niezbyt mądry, ale płynący prosto z serca, jak dźwięki z MK235.

8 komentarzy to “God Save the MK235”

  1. tenpawlak napisał(a):

    Pomimo konsekwentnie wyznawanej przewagi dobrego sprzętu do słuchania muzyki, czuję bardzo ten tekst. Sentymentalnie. Zaczynam poszukiwania mojego Grundiga, na którym nagrałem z TVP cały film Yellow Submarine czytany przez Wojciecha Manna włącznie z pierwszymi zwrotkami piosenek, na którym (i tu wiele podobnych wspomnień)… Ech, jakie to fantastyczne wspomnienia… Jak jazda garbusem zanim zaczęliśmy jeździć samochodami z poduszkami powietrznymi, klimatyzacją, napędem na 4 koła i automatyczną skrzynią biegów i innymi naprawdę potrzebnymi rzeczami…

  2. elvis napisał(a):

    Cieszę się, że audiofile tez mają serce 😀 Miałeś ten sam model Grundiga?

  3. totem napisał(a):

    Też posiadałem, ale bez czerwono-niebieskiego cosia u góry. Nagrałem na mikrofon z radia tranzystorowego Biały Album. Ale było brzmienie!

  4. tenpawlak napisał(a):

    Też bez tego czegoś, ale koloru kieszeni nie pamiętam…

  5. gRamofan napisał(a):

    też miałem do grundiga stosunek bardzo emocjonalny – szczerze go nienawidziłem. żywił się moimi kasetami, a grając nie trzymał żadnej tonacji (z krzyżykiem, czy bez). przepadam za to za kartoflami z ogniska, choć właśnie dlatego, że z popiołem, to nigdy z gazety, raczej prosto z gleby. nie ma to jak odrobina piasku w górnych rejestrach…

  6. elvis napisał(a):

    Ten czerwono-niebieski coś to był taki zegar, w środku była wskazówka, która przeskakiwała z czerwonego na niebieskie (lub odwrotnie), kiedy odtwarzałem lub przewijałem. I o ile pamiętam, były tam, przy tym cosiu, napisy BAT i TEST. To pewnie było zaklęcie. Tak je w sumie traktowałem. Ten zegar dodawał klimatu, zdecydowanie. A taśmę łykał czasem, niektóre taśmy miałem sklejone taśmą klejącą, pamiętam, że taka dziura była w „Savoy Truffle”…

  7. ujd napisał(a):

    Jak widzę są jeszcze miłośnicy taśmy…duże ich ilości posiadam dokładnie spakowane i opisane w pudłach. Nie myśleliście o tym,żeby podobnie do mistycznych spotkań przy winylowej płycie,które się odbywały w latach 60,70…zorganizować spotkanie taśmowe?

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *