Ian Curtis – Przejmujący (tylko) z oddali

Ian Curtis – Przejmujący (tylko) z oddali

Ian Curtis był niedojrzałym gówniarzem, kiedy zdecydował się na ślub i dziecko. Dziecko, którym nie miał ochoty się opiekować. Tak bardzo, że używał swojej epilepsji jako wymówki, by nie brać swojej córki na ręce. Wolał za to oglądać albumy z nazistowskimi mundurkami, bo bardzo mu się podobały. I rozmyślać o życiu i (zwłaszcza) śmierci Jima Morrisona – bo to też go kręciło. Łykał rockowe legendy i marzyło mu się, to zasilić rockandrollowe zastępy słynnych samobójców. A przedtem zdążyć zostać celebrytą.

Ian Curtis był niedojrzałym gówniarzem, kiedy założył jeden z najbardziej legendarnych zespołów w historii rocka. Kłócił się z innymi młodymi kapelami, kto ma zagrać ostatni i liczył na łatwe laski w garderobie. W razie kontrowersji wewnątrz kapeli szantażował wszystkich potencjalnym atakiem. I ze wstydu, że ma rodzinę, zabraniał żonie przychodzić na koncerty.

Wreszcie zrobił sobie kuku, a był taki porąbany, że nikt wcześniej nie zorientował się, że te kawałki o samobójstwie to na serio.

Tyle dowiedziałem się o Curtisie z książki wdowy Debory Curtis. Upraszczam oczywiście, tudzież przejaskrawiam, ale tylko troszeczkę. I teraz próbuję wysłuchać „Decades” bez śladu lekkiego kaca…

Oczywiście, oczywiście, w szkole nauczono mnie, aby rozgraniczać osobę autora i dzieło jego. Ale że szkołę skończyłem na tyle dawno, że ma mi się prawo sporo pokiełbasić, to mam kilka pokiełbaszonych refleksji.

Po pierwsze, nie powinno się pisać o legendach rocka książek, w których kupują na raty lodówkę, aplikują o robotę w państwowym urzędzie, a granie traktują jako sposób na zostanie gwiazdą. W ogóle żony nie powinny pisać biografii mężów, zwłaszcza kiedy są dzielnymi, praktycznymi brytyjskimi mieszczkami próbującymi „za wszelką cenę ratować chwiejące się małżeństwo”. W ogóle nie powinno być małżeństw. Bo ja potem nie mogę słuchać „Decades”, a zwłaszcza mych ukochanych „New Dawn Fades” i „Passover”. Po drugie, Ian Curtis ma wielkie szczęście, że nie mógł książki tej przeczytać, bo lektura mogłaby go odwieść od pisania, koncertowania i samobójstwa i nie byłoby wówczas o czym pisać książki. Choć wówczas również nie mógłby jej przeczytać. Po trzecie, czy człowiek przyzwoity, uczciwy, odpowiedzialny (pierwszy z brzegu przykład – ja), nie może pozostawić po sobie dzieła z najwyższej kategorii duszoszczypatielnosti, a taki Curtis, Morrison, Joplin – o, jakże duch dmucha na oślep…

Po co ja te bzdury wypisuję? – chyba z żalu, że wydałem paręnaście złotych na rozliczeniową książkę małżeńską z fajnym szkicem angielskiej rzeczywistości końca lat siedemdziesiątych w tle. Napisaną przez kobietę inteligentną, twardo stąpającą po ziemi (całe szczęście, bo otrzymalibyśmy pozycję z popularnej niegdyś serii „Cudzoziemski mąż”), dzielnie zmagającą się z problemami, spośród których największym był jej mąż. Ale – zupełnie odsuniętą od tak zwanego procesu twórczego, tej części osobowości Curtisa, która jest zawarta w „Decades”. Deborah Curtis nie znała muzyki ani tekstów „Closer”, zanim płyta oficjalnie się nie ukazała – już po śmierci Iana! I kilkanaście krótkich cytatów z członków zespołu i osób z nim blisko związanych nie zapełni luki w tym, co mnie interesowało najbardziej – czyli jak powstawały piosenki, co działo się na (i po) koncertach, jak bardzo dojrzała wersja Joy Division była producencką wizją Martina Hanneta itd. Tego się, Drodzy Czytelnicy, nie dowiedziałem, i Wy się również nie dowiecie. Doczepienie więc na końcu książki dyskografii i tekstów nie grzeszy kompozycyjną logiką, ale dla mnie właśnie ta część będzie chyba jedyną, do której wrócę. Oczywiście do oryginalnych tekstów, bo od tłumaczeń Krzysztofa Obłuckiego radzę – zwłaszcza fanom-zawałowcom – trzymać się z daleka.

Deborah Curtis, Ian Curtis. Przejmujący z oddali, Warszawa 1997, 2008, tłum. Krzysztof Obłucki

(3/5)

15 komentarzy to “Ian Curtis – Przejmujący (tylko) z oddali”

  1. spirydion napisał(a):

    Przeczytalem te ksiazke za mlodu jakies 34 razy po czym kupilem tez oryginal jak tylko pojechalem do Anglii i przeczytalem znow jakies 29 🙂
    Jak na ksiazke napisaną zaledwie przez „żonę”(w odroznieniu od „zawodowego pisarza”) uwazam ze to dobra robota, wróć, w ogole jako taka to dobra robota – bo bardzo sprawnie i przejmująco (tak!) pokazuje „ludzki wymiar mitu” o czym o ile pamiętam informuje juz sama okładka (zalezy od wydania, na pewno przynajmniej jedno wydanie angielskie uzywa tego okreslenia). A wiec nie bardzo rozumiem rozczarowanie ze „brak tam informacji o tym jak powstawały piosenki, co działo się na (i po) koncertach, jak bardzo dojrzała wersja Joy Division była producencką wizją Martina Hanneta itd”.
    Fakt, Deborah średnio zna sie na kwestiach artystycznych, czasem myli nawet szczegóły,ale NIE O TYM przede wszystkim jest ta książka. Dla mnie jest wlasnie niezwykle cenna bo do wyrzygania jest w rocku tych wszystkich mitologii, ktore nawiasem mowiac powaznie dolozyly sie do wypaczenia postrzegania swiata przez samego Iana…Poza tym Joy Division to nigdy nie było The Rolling Stones – to NIE JEST ten sam świat cyrkowych tournee, ekscesów itd. To jednak byla inna skala. Oczywiscie dzis mają kultowy status i każdy niedzielny „miłośnik” muzyki o nich słyszał ale to już inna sprawa…
    Poza tym po wielokrotnym przeczytaniu miałem zupełnie odmienne reakcje – czytając o „pralce na raty” TYM BARDZIEJ cenię Decades bo wiem że nie powstało w prożni tylko w głowie kogoś wprawdzie pochłoniętego przez rokendrolowo-makabryczne mity, ale jednak osadzonego w konkretnych, przyziemnych dosc realiach…Wielkim plusem ksiazki jest to ze pokazuje jaka moze byc cena (dla siebie i bliskich) za probe „realizowania sie” wbrew wlasnej naturze i za to „sciaganie sie z mitami”. Ian był za „miękki” na bycie „gwiazdą”, w ogole mnie nie dziwi ze zabil sie tuz przed umowionym wyjazdem do USA na koncerty, ktore mialy wyniesc JD na „next level”…

    Aha, i na koniec bonus, odpowiedzi na kwestie nurtujące Elvisa:

    1.Teksty, nawet takie, powstają oczywiscie roznie – czasem jest to długa noc (albo popoludnie) nad kawą i paczką fajek a czasem inspiracja wpada przy prozaicznych sprawach – np.wyjmowaniu prania z przyslowiowej pralki:)…najczesciej inspiracja wpada znienacka i potem w przyslowiowe noce się ją cyzeluje.

    2.Na koncertach pochlanial go koncert, po nich byl po prostu zmeczony (i pewnie swiadom ze cierpi na tym wszystkim jego zycie prywatne i zdrowie) ale i czuł na pewno nieraz satysfakcję ze dal z siebie coś co czuł że dać musiał.

    3.wpływ Hannetta na brzmienie jest niekwestionowany choc nie jest tak na pewno ze JD to „produkt studyjny”. wystarczy jednak porownac ich plyty studyjne i live albo przesledzic wypowiedzi samych zainteresowanych (czy to w wywiadach czy w innych, nie wydanych u nas ksiazkach o JD, Factory i Hannecie) Np. Sumner i Hook na poczatku „nienawidzili” sposobu produkcji Unknown Pleasures. Z kolei Hannett i Curtis mieli ze sobą zdecydowanie bardziej po drodze jesli chodzi o koncepcje i muzyczna wrazliwosc. mowiac to chce jednak podkreslic ze Joy Division to był ZESPÓL a nie Ian (albo Martin) plus reszta… Niesamowite jest to jak wszyscy oni (4 muzyków,producent, a takze manager Rob Gretton czy grafik Peter Saville) wpasowali się w swoją wyjątkową rolę.

    Zgodze sie natomiast ze polskie tlumaczenia piosenek sa kontrowersyjne. Nie dziwi mnie jednak az tak bardzo samo umieszczenie tekstow bo byly w koncu pisane przez Iana a to jest ksiazka o nim a nie o zespole.Dziwi mnie najwyzej to ze z jakiegos powodu z oficjalnej dyskografii na liscie brak jest „Novelty” a to naprawde niezly kawalek!:)

  2. spirydion napisał(a):

    sorry za literówki i chaos ale emocje wzięły górę 🙂 choć może to akurat na miejscu przu okazji tego bandu…jak pisał Paul Morley w książce o JD „:Emotions can kill. Emotions kill more people than anything else, one way or another.”
    pozdrawiam

  3. gramofan napisał(a):

    Myślę, że w czterdziestym drugim roku życia mogę w końcu zdobyć się na chwilę szczerości i niniejszym wydam oficjalne oświadczenie:

    Nie do końca rozumiem o co to całe halo z tym Joy Division. Nigdy mnie ich muzyka „nie brała”. Nawet wówczas, gdy bardzo imponowali mi kolesie (i panny) ubrani na czarno i tym mi było radośniej, im smętniej grało. Oczywiście, jako że wrażliwy jestem z natury, czułem się w obowiązku współczuć Iankowi i łączyłem się w bólu z jego fanami. Tyle, że nie bardzo wiedziałem dlaczego.

    I nigdy nie było mi dane się dowiedzieć.

    Zarzuciłem nawet niedawno „Closer”. Trzykrotnie. Trzykrotnie wymiękłem. Może za jakieś 10 lat znowu spróbuję.
    „Control” też nie obejrzałem.

    I jeśli mam być szczery (a od dzisiaj chcę być szczery), to od Joy Division wolałem bezpretensjonalną, popową kapelę New Order.

    Uff, ulżyło mi…

  4. elvis napisał(a):

    Z czym do gościa? – zapytałby w takiej sytuacji nasz red. naczelny, gdyby był rodowitym mieszkańcem Szmulek, a nie tylko imigrantem z podlaskiej wsi. Z czym mogę do gościa, który czytał książkę w tłumaczeniu 22,66 raza więcej niż ja, a w oryginale nieskończenie razy więcej?
    Jednakże przez sam szacunek dla długości i merytorycznej wartości komentarza wypada mi polemizować/bronić się/ustosunkować jakoś.
    Głównym zarzutem Spirydiona jest, jak rozumiem, fakt, że zjechałem książkę za to, że nie jest o tym, o czym chciałbym, żeby była. I jest to zarzut niegłupi, bo co do zasady nie krytykuje się flądry za to, że nie jest łososiem. Co do zasady… Jednakże upierać się będę, że zawartość książki jest pewnym nadużyciem wobec tych, którzy sięgnęli po nią ze względu na twórczość Iana Curtisa i Joy Division (a pokażcie mi takich, co sięgnęli z innych względów!). Tu jest trochę tak, jak byśmy kupili książkę pt. „Słowacki”, a tam wyznania jego szewca na temat ulubionego obuwia wieszcza. Zgadzam się, że mamy tragedię małżeńską, przyzwoicie opisaną. Tylko na tym koniec. Jednostronne to jest. Nie czuję w tym napięcia między Curtisem od pralki a Curtisem – mitem, męczennikiem, prorokiem. A nie czuję, bo autorka nie czuje go również. Kocha, współczuje, ale nie ogarnia nic a nic. Z własnej czy nie własnej winy, ale ma do czynienia tylko z tym od pralki. Dlatego cytaty z muzyków, a nawet teksty postrzegam jako doklejone, żeby było bliżej do Iana i JD.
    Do pralki wracając – te moje narzekania na piszące żony były odrobinę ironiczne i chciałbym być dobrze zrozumiany: mnie również nie interesują mitologie. Lecz pralki tym bardziej nie. I nie wydaje mi się też, że „Decades” należy bardziej cenić (np. od „Are You Experienced” ;)), bo jego twórca spłacał pralkę. Przypuszczam, że było to dla procesu twórczego obojętne.
    I jeszcze co do punktów:
    1. Co do tego, jak powstają piosenki, to wyczułem kilogramową szczyptę złośliwości. Czyli należy przyjąć, że powstają różnie, czasem przy fajce, a czasem przy kawce, i szlus? I mogę sobie odpuścić wszystkie biografie i monografie? Co za ulga… 😉 Veto. Interesuje mnie to, a Deborah nic mi o tym nie mówi.
    2. Dobra, to „po koncercie” sugerowało, że interesuje mnie mitologia i ekscesy, przyznaję, słabe to było. Ale gdybym miał się tej linii trzymać, to znów z książki nic nie wiem o roli Annick w życiu i sztuce Curtisa.
    3. No tyle to wiem, chciałbym więcej. Jeśli cos po anglojęzycznych lekturach jesteś w stanie na ten temat dorzucić, to będę (i pewnie nie tylko ja, choć naczelny jak widać powyżej – niekoniecznie) wdzięczny.

    PS Jak oceniasz tłumaczenie Obłuckiego (mówię o samej książce, nie tekstach)? Bo w kilku momentach miałem mgliste przeczucie, że może autorka coś innego chciała powiedzieć…
    PS2 Wpis Gramofana jest niewart jakiejkolwiek polemiki. Powinien słuchac „Closer” aż uwierzy 🙂

  5. spirydion napisał(a):

    zacznę od tego co mowil Gramofan:

    nie ma co probowac, jeśli płyta Closer nie weszła Ci do tej pory to możemy zaryzykować tezę, że nie jest to Twoja bajka. spoko, da sie z tym zyc:)
    Ale „o co to całe halo” to jednak male przegiecie…Pomijając oczywistą ale nie interesującą nas tu atrakcyjność młodej śmierci to jednak był przede wszystkim projekt wyjątkowy artystycznie, spójna całość muzyczno-literacko-graficzna. jesli nawet ktos nie przepada za tymi piosenkami czy wokalem to sa tez wartosci obiektywne: na przyklad nowatorskie brzmienie producenta-wizjonera (ta „przestrzeń”, te bębny!) wyznaczyło nowe standardy, i to nie tylko dla zespołów rockowych imitujących JD. Muzyka taneczna lat 80-tych (w tym New Order),te wszystkie rave’y itp. wygladalaby inaczej gdyby nie Hannett. Ale w ogole jest duzo aspektow fenomenu JD- np. to jak Curtis dal sie pochlonac swojej misji na scenie, jak pisal, nawet to jak tanczyl – to byla grupa muzyczna ktora naprawde miala „swoj swiat” a wedlug mnie kazdy kto para sie jakas tworczoscia musi docenic te rzadka zalete.

    Dlatego tez wkurza mnie jak sie ich wrzuca do worka „smutnych chlopcow ubranych na czarno” albo nie daj boze „cold-wave” (w Anglii nie spotkalem sie z tym terminem ANI RAZU a juz na pewno nie w odniesieniu do JD ,nie wiem czemu u nas uchodza niemal za zespol „gotycki” – pomijajac skrotowe skojarzenia z niektorych okladek to naprawde nie jest ta sama estetyka)
    Polecam Ci jednak obejrzec Control bo Anton Corbijn wlasnie dobrze to wywazyl, film pomimo tematu nie jest „cierpiętniczy” – JD to jednak byli przede wszystkim bardzo młodzi ludzie ktorzy po prostu chcieli grac. tylko Curtis i Hannett (ktorego z kolei w filmie jest tyle co kot naplakal, ale znowu – to film oparty na wiadomej ksiazce) byli materialem na tragiczne historie i tak tez sie one skonczyly.

    Aha, jeszcze o tej „pretensjonalnosci” – bez przesady, jesli jako pretensjonalnosc okreslimy wszystko to co ma jakies ambicje a zamiast „styl” powiemy „maniera” to wyjdzie nam ze wszystko co nie brzmi jak Ramones to sztuczne gówno (a nawet Ramones wiedzieli o co tu chodzi, inaczej nie dbaliby zeby zawsze wygladac w okreslony sposob i nie przyjmowaliby jednego „nazwiska” dla wszystkich czlonkow zalogi. niby jaja a jednak jakos tam obmyslone)

    Elvis:
    Rozumiem Cie kiedy mowisz ze ksiazka niewiele odkrywa w temacie Ian-artysta, nie mowiac juz o zespole. To jest prawda i szczerze mowiac mysle ze okladka faktycznie troche wprowadza w blad skoro jest tam jak byk „Joy Division”.No niestety, taka decyzja marketingowa widocznie, choc nie zawsze tak to wyglada (w polskich wydaniach jest uwypuklone bardzo)… Co do tej jednostronnosci to zgadzam sie, choc biorac pod uwage ze zbieznosc nazwisk autorki i (anty)bohatera nie jest przypadkowa, jest ona dla mnie uzasadniona. Pewnie gdyby Deborah bardziej interesowala sie muzyką i pisaniem mogłaby sprobowac zdobyc sie na dystans do spraw osobistych i przedstawic po tylu latach wiecej rzeczy zwiazanych z sama tworczoscia, ale wiadomo: nie byla w tych klimatach i co wiecej miala swoje powody by nie chciec w nie wchodzic widzac jak negatywnie wplywaja one na ich zycie.

    dlatego polecam inne rzeczy na ten temat. calkiem niezla i przy okazji bardziej obfita ksiazka o Curtisie, w ktorej jest tez o wiele wiecej o jego miłosci do Annik Honore, to Torn Apart. wyszla w 2006 roku i napisana jest bardziej z pozycji dziennikarskiej. ma to plusy i minusy – jest bardziej obiektywna i bogata w tresci ale jesli chodzi o dramaturgie troche jednak traci w konfrontacji z badz co badz przejmujaca wersja wydarzen opisana przez Deborah. dla mnie jest troche tak, ze najlepsze teksty o Joy Division sa jednak pelne pasji i mocno subiektywne (np. opasla ksiazka Paula Morley’a ktory pisal o nich przez cale lata, od ich poczatkow w latach 70-tych i w koncu pare lat temu wydal wszystko, wzbogacone o nowe rzeczy).
    Jesli kogos interesuja bardziej kwestie nagran i muzyki jest dobra rzecz w serii 33 1/3 — to takie male ksiazeczki o roznych plytach, w serii jest m.in.Unknown Pleasures – tam jest sporo o samych sesjach nagraniowych, techniczne sprawy, ale nie tylko. jest tez inna ksiazka poswiecona tej plycie (ktora w ogole w UK ma status tej „najlepszej”, odwrotnie niz u nas gdzie Closer poswieca sie wiecej uwagi. Ja uwielbiam obie ale sam zaczynalem od Closer wiec akurat tu sie zgadzam z „polskim” widzeniem spraw:) no ale to tez dlatego ze po prostu Closer nie ma ani jednej kompozycji ktora nie powala podczas gdy takie powiedzmy „wilderness” z jedynki jest zaledwie „zajebiste”:)

    Co do innych kwestii: prozaiczne czy nieprozaiczne ale zwiazane z zyciem osobistym sprawy dotyczace artystow jako takie nie zmieniaja dla mnie wartosci i odbioru danej plyty, filmu czy ksiazki (np. mam gdzies poglady polityczne Celine’a, „Podroz do kresu nocy” to wielka ksiazka i koniec kropka .) akurat w tamtym miejscu co wspomnialem bardziej chodzilo mi o to ze podoba mi sie osadzenie historii JD w konkretnych, dosc normalnych realiach, bez tego calego cyrku rokendrolowego i wynikajacej stad „autotematycznosci” i oderwania od „codziennego” zycia. taka niby normalna historia zwyklego goscia ktory pracowal w biurze i ledwo wiazal koniec z koncem tylko ze w odroznieniu od innych mial obsesje,talent,determinacje i szereg okolicznosci ktore zrobily z niego legende. jak czytalem to pierwszy raz w latach 90-tych to wiedzialem ze musi powstac film na bazie tej historii, predzej czy pozniej.

    Co do naszych „3 punktów”:)
    nie no, czytac biografie i tak dalej jest jak najbardziej OK tyle ze ja osobiscie po prostu nie przepadam za pytaniem „jak powstaja twoje teksty” zwlaszcza jesli mowimy o tekstach do muzyki, ktore rzadza sie jeszcze innymi prawami niz przemyslana i logiczna wypowiedz na papierze…ciezko to uchwycic wedlug mnie i nie wiem czy jest sens i potrzeba, zwlaszcza ze mowimy o dosc abstrakcyjnych sprawach i intuicyjnych czesto wyborach je determinujacych.

    Jesli chodzi o Annik to rzeczywiscie miala duze znaczenie dla Iana ale z racji tego ze mieszkala w Belgii a on czesto koncertowal nie widywali sie tak czesto. za to pisali do siebie sporo, w Torn Apart sa nawet zamieszczone niektore z tych listow. A byla wazna dla niego m.in. wlasnie dlatego ze byla przeciwienstwem Deborah – rozumiala go jako artyste, byla mu blizsza jesli chodzi o wrazliwosc itp. oczywiscie bylo to tez dla niego bardziej pociagajace niz wracanie do domu gdzie czeka zona z dzieckiem i prozaicznymi sprawami do zalatwenia, nie da sie ukryc…nie mam zamiaru udowadniac tezy ze Curtis to byl dobry maz albo ojciec bo raczej tak nie bylo. zgodzimy sie na pewno ze oceny moralne sobie tutaj darujemy:)

    A co do roli Hannetta…jest jedna ksiazka o nim, wprawdzie o dosc glupim tytule „who killed martin hannett?” ale dobrze napisana, ze zgrabnymi odniesieniami do klimatu tamtych czasow i aluzjami do muzyki i kultury rokendrolowej. warto przeczytac choc nie wnika ona az tak bardzo w techniczne kwestie jego warsztatu, bardziej w jego nature jako czlowieka.
    Ogolnie z lektury roznych pozycji oraz rzeczy dostepnych w prasie i necie wydaje mi sie ze pomysl na studyjne brzmienie zespolu to przede wszystkim Hannett a potem Curtis ktory zgadzal sie z sugestiami tego pierwszego bo sam wiedzial ze zapewni to jego glosowi i tekstom wlasciwe „opakowanie”. czuł tez ze to jest nowa jakosc. Curtis przyjaznil sie np. z Genesisem P -Orridgem z industrialnego Throbbing Gristle i byl na biezaco z „poszukującymi” brzmieniami. w pewnym sensie ograniczenia muzyczne chlopakow byly bardzo na reke Martinowi Hannettowi bo mogl spokojnie sobie pokombinowac z dosc oszczednym materialem wyjsciowym a z drugiej strony oni, niezbyt pewni wlasnych umiejetnosci (i mlodsi od niego) nie mieli rozwinietego „ego” ktore oznacza nieraz wojne producenta z zespolem. to znaczy Hook i Sumner chcieli zupelnie innego brzmienia i sie klocili z Hannettem (chcieli brzmiec bardziej jak live, bardziej „czadowo” za przeproszeniem) ale ich pogonil:) a juz perkusista Morris bardziej instynktownie wyczul ze „w tym szalenstwie (Hannetta) jest metoda” i tak stopniowo producent przekonal zespol do swoich pomyslow. oczywiscie nie pisal im piosenek i samymi efektami by sie to nigdy nie obronilo wiec wiadomo ze wklad wszystkich jest wazny ale tez nie oszukujmy sie – jesli slowo „genialne” ma sie pojawic w kontekscie JD (a uwazam ze spokojnie moze i powinno) to mowimy o Curtisie i Hannecie, nie o pozostalych. Curtis i Hannett mieli kazdy swoja wizje i do tego odwagę zeby isc za nia do samego konca. „swojego lub jej” ze zacytuje tu klasyka z takiego jednego filmu:)
    bardziej szczegolowe rzeczy mozna znalezc np. w tych ksiazkach o ktorych mowilem, zwlaszcza te dwie o Unknown Pleasures. tam sa te wszystkie historie o tym jak kawalek „Digital” wzial nazwe od nowego cacka ktore sie pojawilo w studiu Hannetta, o tym jak nastawial temperature na zero zeby wykurzyc innych i samemu sobie majstrowac przy konsolecie itp.

    a tlumaczenie polskie „Touching from a distance” uchodzi na sucho przede wszystkim dlatego ze to po prostu wciagajaca historia ktora sie dobrze czyta – na pewno jednak jest dalekie od idealu. natomiast jesli chodzi o to czy cos wypacza albo zmienia to mysle ze raczej nie, po prostu nie ma tego „flow”.

    • elvis napisał(a):

      Pozostaje mi tylko wyrazić radość, że mój raczej zajawkowy tekst(rzec by można – impresja)na temat „Touching From a Distance” doczekał się tak tłustych merytorycznie (i emocjonalnie, a jakże :))komentarzy. I nadzieję, że czytający nie poprzestaną na lekturze samego tekstu, który stał się przystawką do komentarzy.
      Co do naszych trzech punktów, to chciałbym tylko zaznaczyć, że w pewnym wymiarze pytanie „jak powstają twoje teksty” równa się sensownością pytaniu „co autor chciał przez to powiedzieć”, to fakt. Z drugiej jednak strony krytycy i fani (a jesteśmy ciut pierwszymi i całkiem drugimi)z zamiłowania do przedmiotu chcą wniknąć w szczegóły, nawet typu, czy była to kafka czy trafka. Rozbiór semantyczno-historyczny „Penny Lane” jest dla mnie wielce wartościowy, niezależnie od czysto estetycznych wzruszeń przy jej słuchaniu. A może właśnie z ich powodu. Rzecz jasna, JD to inna bajka – „mowimy o dosc abstrakcyjnych sprawach i intuicyjnych czesto wyborach je determinujacych”, jednak te teksty również mają swoją historię, jak sądzę. Poza tym pytanie tu jest nieco inne i dlatego bardziej uzasadnione, bo nie „jak powstają twoje teksty”, tylko „jak powstał ten konkretny tekst (który we współczesnej kulturze coś znaczy, jak tłumaczyłeś powyżej naczelnemu)”.

  6. spirydion napisał(a):

    Jeszcze pewnie wrocimy do tej kwestii przy roznych okazjach 🙂
    Tekst generalnie jest istotny ale mysle ze w polaczeniu z muzyka zaczyna sie juz rzadzic ciut innymi prawami. Oczywiscie sa teksty bardziej i mniej konkretne – ja tez chetnie czytalem np. wywiad z Grabazem ktory opowiadal o lokalnych sprawach zwiazanych z piosenka „Pila Tango”… Ale tez na pewno sa artysci ktorych szczegolowa analiza pod wzgledem znaczenia danej linijki prowadzi w najlepszym razie na manowce…Mysle ze ma to zwiazek z tym ze muzyka (a tekt osadzony w muzyce to juz nie jest sam tekst) jest jednak z definicji czyms bardziej intuicyjnym niz intelektualnym. i nie wyklucza to zlozonej koncepcji, po prostu operuje nieco innymi narzedziami.
    Gdybym mial to opisac w skrocie to dla mnie jest tak ze muzyka to najbardziej „podswiadoma” czy tez „podprogowa” z form wyrazu i dlatego NIE MUSI o niczym wiecej mowic albo nie musi mowic o tym „czytelnie”. Jesli to mimo wszystko robi, najlepiej intrygujaco, to moze byc jak najbardziej na plus ale jednak czulbym sie nieswojo z tym ze mialbym „rozebrac” to do konkretnych skladnikow. Kiedys Malenczuk powiedzial zapytany o jakis swoj tekst ze „nie po to operuje jezykiem abstrakcji zeby to potem przetlumaczyc” czy jakos tak. I choc nie jest on na pewno jednym z moich ulubionych teksciarzy ani nie uprawia szczegolnie wysublimowanej dzialki jesli chodzi o poetyke to podoba mi sie to podejscie.
    Jest duza roznica w podejsciu do pisania. wedlug mnie np. Kazik startuje w trochę innej konkurencji niż Curtis, mimo ze ten pierwszy nawiasem mowiac wychowal sie troche na tym drugim i obaj sa/byli „teksciarzami” . I nie chodzi mi w ogole o jakosc czy wybor tematow co po prostu sposob pracy w swojej dzialce. Staram sie dotrzec do wszystkich pozycji o JD o jakich slyszalem ale jesli kiedys zobacze cos w stylu „Pleasures No Longer Unknown: the meaning of Joy Division Lyrics” to bede wiedzial ze apokalipsa jest blisko:)

  7. spirydion napisał(a):

    PS: wprawdzie napisalem tylko to co naprawde mysle ale niewykluczone ze moje lekkie przewrazliwienie na punkcie tej kapeli odrobine wplywa na stanowczosc ktorejs opinii 🙂 Kazu Makino kiedys spiewala „Had to tell myself it’s only music. It blows my mind, but it’s like that”…

  8. elvis napisał(a):

    hihi, jako autor wiekopomnej magisterki o związkach muzyki ze słowem w piosence rockowej chętnie o tym pogadam, z zastrzeżeniem, że obecnie nie umiałbym bronić zawartych tam tez przed wypiciem co najmniej trzech browarów… Generalnie (i wydaje mi się to niesprzeczne z tym, co napisałeś) było tam o stwarzaniu „potencji semantycznej” przez muzykę, którą to potencję słowo w różnoraki sposób wykorzystuje. I tu zaczynała się typologia, bo każdy szanujący się młody teoretyk literatury musi stworzyć jakąś typologię 😀
    Co do tzw. interpretacji tekstów też jestem momentami sceptyczny, wolę błahe podejście anegdotyczno-przyczynkarskie (vide: http://www.cogra.pl/john-lennon-jako-tworca-piosenki-wyborczej/ albo wspomniane już rozszyfrowywanie osób i miejsc z Penny Lane), o co rzecz jasna „nieco” trudniej w przypadku Curtisa.
    A jeśli już faktycznie INTERPRETACJA, to na pewno nie w oderwaniu od muzyki, to oczywiste.
    A do przewrażliwienia… inni ludzie tu chyba nie piszą, tylko przewrażliwieni. 😉

  9. tenpawlak napisał(a):

    Jacek Pawlak był niedojrzałym gówniarzem, kiedy zdecydował się na ślub i czwarte dziecko. Dziecko, którym nie miał ochoty się opiekować. Tak bardzo, że używał każdej wymówki, by nie brać swojej córki na ręce. Wolał za to pisać recenzje, bo bardzo mu się to podobało. I rozmyślać o życiu i (zwłaszcza) śmierci Iana Curtisa – bo to też go kręciło. Łykał rockowe legendy i marzyło mu się, to zasilić rockandrollowe zastępy słynnych samobójców. A przedtem zdążyć zostać celebrytą.

    Jacek Pawlak był niedojrzałym gówniarzem, kiedy…

    Wreszcie zrobił sobie kuku, a był taki porąbany, że nikt wcześniej nie zorientował się, że te kawałki o samobójstwie to na serio.

    Dlatego nie czytam książek, w których legendy rocka kupują na raty lodówkę, aplikują o robotę w państwowym urzędzie, a granie traktują jako sposób na zostanie gwiazdą.

    Za bardzo to czuję prawdziwe jest…

  10. elvis napisał(a):

    you’ve lost control again

  11. tenpawlak napisał(a):

    Dzieło jest bytem niezależnym od twórcy. Życie twórcy jest niezależne od dzieła. I każda historia jest prawdziwa. I Schopenhauera, który pochwałę samobójstwa głosił przy suto zastawionym stole. I Kanta, którego życie odzwierciedlało i duch jego dzieł i tezy. Odbiór książek, które zakotwiczają dzieło w życiu twórcy, zależy tylko i wyłącznie od tego, co czytelnik w nich chce znaleźć. Ta dyskusja nie jest o książce.

  12. elvis napisał(a):

    może i nie jest, ale dla komfortu wypowiadania się w tej dyskusji oraz dla przyzwoitości mógłbyś książkę przeczytać ;P
    Co do tzw. życia dzieła, to kastrowanie z jego odbioru osoby twórcy jest takim samym wstrętnym dogmatyzmem jak nachalny biografizm. Zwrócić pragnę uwagę kolegi, że skoro (jak uczą na skostniałych uniwersytetach)wszystko jest znakiem, tekstem czy czymś takim, to nasza wiedza o autorze jak najbardziej jest tekstem, przez który czytamy tekst dzieła, i nieładnie jest udawać, że czytamy, nie wiedząc, kim był Curtis. Chyba że nie wiemy naprawdę, ale to wtedy tym gorzej 🙂

  13. spirydion napisał(a):

    nie ma jednego podejscia. sa tworcy ktorzy kreuja sterylne swiaty chowajac sie nieraz za zmyslonymi historiami (David Bowie) a sa tacy jak np. Lydia Lunch ktora mowi wprost „I’m NOT interested in fiction” i traktuje to co robi jako swego rodzaju autoterapie. nie da sie okreslic na sucho kto wygrywa bo i jedno i drugie mozna robic swietnie lub slabo. roznica paradoksalnie polega glownie na tym ze ci pierwsi tworzac tez czesto stosuja autoterapie tylko ze przez „wyparcie sie” 🙂
    najlepsze teksty zwykle nie daja sie jednak calosciowo sprowadzic do rzeczywistych doswiadczen w skali 1:1 danej jednostki,zawieraja pewne niedopowiedzenia i teksty Curtisa tez na pewno nie sa doslowne. sa za to mocne i jak mniemam bardzo zakorzenione w jego wizji swiata, co chyba jest tu dosc oczywiste w sumie.
    wierze ze miedzy zyciem artysty i jego tworczoscia jest pewna istotna zaleznosc co jednak nie odbiera mu prawa do korzystania z duzej wyobrazni ,jesli taką posiada i przybrania innej twarzy na potrzeby danego pomyslu czy dla osiagniecia pewnej dramaturgii. ale wierze ze wszystko co sie dzieje (albo nie dzieje) jakos tam wplywa i sie gdzies odklada. to gdzie i jak sie mieszkalo, co robilo ,na jakie choroby cierpialo itd., chodzi tylko o to jak sie to akurat skanalizuje a wiec o efekt, nie material. pytanie brzmi ile jest w stanie tak naprawde odkryc czyjas biografia czy nawet autobiografia ktora z definicji tez jest tworczoscia a wiec „wariacjami” na temat:)…

    • Adilka1 napisał(a):

      Sirydion… bsolutnie sie zgadzam ze wszystkim, co piszesz. Wiec wiecej nic nie dodam. Bo nie ma takiej potrzeby.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *