Joe Cocker –  Hard Knocks

Joe Cocker – Hard Knocks

Niby wszystko jest jak trzeba. „Żywa” sekcja dęta, żadnych syntezatorów, bogate aranżacje, ładne chórki. A jednak coś mi nie gra. I to zupełnie nie gra. Mam taki zwyczaj, że zanim coś napiszę do „Cogry”, to długo słucham płyt, które mi nie podchodzą. Tak było też w tym przypadku. Nie idzie tu o specyficznie pojmowany masochizm. Raczej staram się zrozumieć artystę, który popełnił dane dzieło. Staram się znaleźć coś, czego może nie dostrzegłem, czy raczej nie dosłyszałem przy pierwszym kontakcie z zawartością longplaya.

Jaki jest więc recenzowany dziś album? Jest przede wszystkim nudny. Nie różni się od wielu wcześniejszych płyt Joe Cockera. Zwłaszcza tych nagranych w latach 80 i 90. Nijakie kompozycje, te same emocje podczas śpiewania. Spokojnie wykonywana zwrotka w refrenie przechodzi w krzyk. To co było autentyczne i emocjonujące wiele lat temu, choćby w takich utworach jak „Delta Lady”, czy „Unchain My Heart”, dziś stanowi denerwującą manierę.

Nie mam na „Hard Knocks” ulubionej piosenki… no może jedną, ale o niej potem. Słuchając płyty któregoś razu, pomyślałem, że strasznie mi szkoda muzyków sesyjnych. Schyleni nad partyturami odgrywali beznamiętnie swoje partie. Bardzo profesjonalnie i niestety bez emocji. Pewnie strasznie się nudzili. Nie wiem kto Cockerowi dobiera repertuar, myślę że nie on sam. Raczej stoi za nim sztab specjalistów wyszukujących piosenki z coraz gorszym rezultatem, inny sztab specjalistów rozpisuje aranżacje, inny angażuje muzyków i organizuje sesje nagraniowe. Tyle, że rezultat delikatnie mówiąc, taki sobie. Artysta ostatnio zmienił wytwórnię płytową. Ale „specjalistów” chyba sobie zostawił, a może w każdej wytwórni są oni tacy sami.

Artysta od początku swojej kariery nagrywa głównie kompozycje już znane. Dorobił się już nawet przydomka – Joe „Cover”. Nie będzie chyba w tym nic odkrywczego, jeżeli powiem, że lubię, kiedy cover prześciga lub co najmniej dogania orginalne wykonanie. Zresztą, po to zapewne wykonywane są covery. Bo chyba nie po to, by pełnić rolę wypełniaczy obok jednego – dwu przebojów? Tyle, że na ostatnim wydawnictwie Cockera hitów brak.

Po wysłuchaniu mieszanki „szybkich” kawałków i mdłych ballad, na koniec dostajemy „I Hope” z repertuaru countrowego zespołu Dixie Chicks. Tu wykonaną trochę w manierze pieśni gospel (świetne chórki). To najlepszy moment płyty. Zgodnie z tytułem wymienionego finałowego utworu, mam nadzieję, że Joe Cocker w końcu zajmie się porządnym repertuarem i zrobi właściwy użytek ze swoich strun głosowych. Póki co, na dzień dzisiejszy „Hard Knock” = Ciężki Knot.

(1.5/5)

Hard Knocks, Get On, Unforgiven, The Fall, So It Goes, Runaway Train, Stay The Same, Thankful

Data wydania: 4.10.2010

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *