Kumple Sierżanta

Kumple Sierżanta

Po przeczytaniu „Podkomendnych Sierżanta” będę bluźnił. Nie na autora, bo też i bynajmniej nie zasługuje na to, wpisując się w jedynie słuszny kult. Będę jednak bluźnił dwukrotnie przeciw bogom i herosom.

„Their Satanic Majesties Request” jest dla mnie płytą nie-do-oceny. Każdy kawałek niby jakiś jest, czasem nawet całkiem jakiś, ale gdy próbować tego słuchać jako całości – to zwyczajnie nie wiadomo, o co chodzi. Rozłazi się to, dokumentując nieprzystawalność umiejętności i upodobań kolegów do ich zamierzeń. Kilka ciekawych patentów, jak choćby afrykańskie bębnienia, które tak pięknie poprowadzą później „Sympathy For The Devil”, ginie w ogólnym zamieszaniu. Riffy Keitha albo karykaturalnie przesterowane, wydziwione jak w „Citadel”, albo swą bluesrockowością drażniące, niedopasowane jak w „The Lantern”. Głos Micka w formie, ale chyba sam Mick nie jest pewien, jak go wydawać. W najlepszej sytuacji Brian przynajmniej może sobie na różnych dziwnych rzeczach pograć i ogólnie klimat jest trippy, a nikt nie był bardziej trippy niż Brian w owym czasie. Niezłe samopoczucie miał też pewnie Bill Wyman, bo jedyne, co zasługuje na miano prawdziwej psychodelicznej piosenki na tej płycie, to jego urocza „In Another Land”. Zakończona chrapaniem Billa na tle próby kolegów, dobrą puentą do całości. W kontekście „Sierżanta Pieprza” rodzi się więc parę pytań bluźnierczych, które w bluźnierczy sposób zadam:

  1. Jak ogromny kompleks Wielkiej Czwórki mieli chłopaki, że nie próbowali szukać własnej drogi?
  2. Kto podjął idiotyczną decyzję, by pójść na bezpośrednią wymianę ciosów na wszystkich poziomach – na okładkę, na koncepcję, na klimat? Produkując kopię, z definicji nie mieli szans na przebicie Beatlesów, a jednak spędzili w studio dziewięć miesięcy. Przez czyją głupotę?
  3. Wejście w rejony psychodelii, obowiązkowe w 1967 r., stanowiło sprawdzian możliwości kompozytorskich, wykonawczych i producenckich grup rhythm’n’bluesowych. Czy „Their Satanic…” i szybki powrót do sprawdzonych patentów nie świadczą, że The Rolling Stones sprawdzian oblali, bo byli zespołem o bardzo ograniczonym potencjale?
  4. Który po odejściu Briana Jonesa jeszcze spadł?

Przytoczyć można przykłady kilkunastu kapel, które test psychodelii zaliczyły z wyróżnieniem. Rozszerzenie instrumentarium, zasobów brzmień, zmiana poetyki tekstów dały efekty znakomite choćby w przypadku przywoływanych przez Totema The Small Faces (z przeuroczym, cudownym Steve’em Marriottem, któremu osobny tekst się zdecydowanie należy).

I tu warto słów poważnych parę poświęcić prawdziwym rockandrollowcom, hałaśliwym i niegrzecznym, wciągniętym na czarną listę przez więcej hoteli niż Stonesi i The Who razem wzięci. Autorom czadowego hymnu „LSD”, orędownikom garażowego brzmienia. Którzy w 1967 r. weszli do studia Abbey Road i niespodziewanie, nagrywając równolegle z The Beatles i Pink Floyd, popełnili pierwszy psychodeliczny koncept album na najwyższym światowym poziomie. Chodzi mi mianowicie o płytę „S.F. Sorrow” autorstwa The Pretty Things. I tylko jedno wytłumaczenie przychodzi mi dla pominięcia przez Totema tego albumu w tekście „Podkomendni Sierżanta” – być może uznał, że nie o podkomendnych tu chodzi, a o – znów bluźnię? – równych szarżą…

Opowieść napisał wokalista Phil May. Trzynaście piosenek ilustruje koleje życia Sebastiana F. Sorrowa od narodzin, młodości, pierwszej miłości, przez wojnę, śmierć ukochanej i szaloną introspekcyjną podróż w podświadomość, po pustkę i samotność u jej kresu. Kalejdoskopowa jak życie jest muzyka – rockowy tytułowiak, pełen wokalnych harmonii walczyk „Bracelets Of Fingers”, radosne „She Says Good Morning”, obsesyjne natrętnymi dwiema nutkami elektrycznej gitary „Balloon Burning” i patetyczny sitarowy marsz żałobny „Death”.  To na pierwszej stronie, bo na drugiej, w rękach szatańskiego Barona Saturday narrator dostaje się w takie psychodeliczne piekło dźwięków, pogłosów i efektów, że trudno się dziwić jego rozstrojowi psychicznemu i schizofrenii.  Kilkupiosenkowa podróż kończy się konkluzją – kryształowo czystym, smutnym, melodyjnym „Trust”. Ale to nie koniec – jeszcze  „Old Man Going” – numer, po którym każdy głupi wpadłby na pomysł założenia Black Sabbath i z którego sporo, oj, sporo też usłyszał Townsend do „Pinball Wizard”. A na finał folkowa, na gitarę i głos, miniaturka.

Mocną (wiem, krytycy zgodnie stwierdzili, że słabą) stroną konceptu jest załączone do płyty libretto – zwalnia piosenki z obowiązku pieczołowitego trzymania fabuły, dzięki czemu Phil May mógł napisać poetyckie impresje, a kawałki słuchane odrębnie nie sprawiają wrażenia fragmentów historii. Każdy jest historią. I jeśli pojmujecie siłę „Sierżanta Pieprza” jak ja – jako stworzenie kilkunastu trzyminutowych kompletnie skończonych światów muzycznych – to uczciwym jest przyznać, że The Pretties dokonali tego samego. No sam się dziwię, że to piszę…

Jak to się stało, że genialny kompozytorsko, świetnie zaaranżowany, doskonale wyprodukowany przez Normana „Hurricane” Smitha (producenta wcześniejszych płyt Beatlesów i „The Piper…” Floydów) album padł komercyjnie? Nie mogło być inaczej, skoro EMI nie dała kasy nawet na wydrukowanie tekstów i libretta, chłopaki własnymi siłami zaprojektowali okładkę i zrobili zdjęcia, a zaangażowanemu awaryjnie perkusiście Twinkowi musieli zapłacić… prawami autorskimi, bo nie mieli czym. O kampanii promocyjnej nie było mowy. I dlatego „Their Satanic…” sprzedało się lepiej, choć artystycznie płyty dzieli przepaść. Dlatego na hasło „pierwsza rock opera” wszyscy na oślep walą: „Tommy”. I dlatego „Sierżant” jest uważany za płytę absolutnie bezkonkurencyjną. Zapraszam do grona wybrańców, które odważa się wątpić…

„Old Man Going” podczas wykonania koncertowego w studio Abbey Road, 30 lat po powstaniu „S.F. Sorrow”. Na gitarze pomaga kolega Maya i Taylora – David Gilmour; w roli narratora wystąpił inny znajomek – Arthur Brown.

The Pretty Things „S.F. Sorrow” (5/5)

2 komentarze to “Kumple Sierżanta”

  1. aka2 napisał(a):

    No cóż nie potrafię się nie zgodzić z powyższym tekstem. Satanic to bardzo dobra płyta, nie jest idealna, ale co najmniej dobra, natomiast S.F Sorrow jest kompletna, w zasadzie zaryzykowałbym stwierdzenie, że pod tym względem to najlepsza płyta lat 60tych i bije nawet na głowę Sierżanta (hmm nie mówię tu znowu o najlepszej psychodeli, czy ogólnie graniu, bo były płyty bardziej psychodeliczne (Byrdsi, Doorsi, Floydzi) i lepsze muzycznie (Hendrix, Grateful Dead) jednak S.F. Sorrow jest ogólnie mówiąc najlepsze, można powiedzieć całościowo. Koncept (rock opera) bije na głowę The Wall Floydów i Sierżanta Pieprza, zjadając po drodzę Tommyego. Niestety brak promocji zrobił swoje, nawet w ogólnej świadomości to The Who stworzyli pierwszą rock operę, choć nieliczni wiedzą, że byli to TPT (najśmieszniejsze jest to, że sam Townshend mówi, że Tommy nie był pierwszy, ale ‚niektórzy znawcy rocka’ się upierają, że jednak był).

    • elvis napisał(a):

      Amen. Niezależnie od oceny Sierżanta Pieprza (choć jak tu nie oceniać w superlatywach) – nie jest on concept albumem. Choć miał być. Ale ostatecznie zostały tylko ramy (Sgt Pepper’s… i Sgt. Pepper’s…. (Reprise)). A jak coś ma ramę, nie musi być od razu obrazem. Może być rowerem.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *