Pożytek z buców

Pożytek z buców

Zacznę od szczerych podziękowań, kierowanych do skretyniałych, ciasnogłowych fanów zespołu Slayer (zwykłym fanom Slayera nie dziękuję, to nie do was te słowa).„ Senk ju weri macz!” To dzięki wam zwróciłem uwagę na System of a Down – najlepszą metalową kapelę przełomu wieków. Ale po kolei.

Dawno temu (1998 r.), dziecięciem, a także regularnym czytelnikiem „Tylko Rocka”, będąc natknąłem się w tymże periodyku na relację z katowickiego koncertu Slayera. Przyznaję uczciwie, że nie Slayer mnie w tym tekście zainteresował, a krótka notka na temat supportu. A właściwie reakcji publiczności na support, którym był mało znany (wtedy), będący w przededniu albo tuż po wydaniu debiutanckiej płyty, zespół ormiańskich metalowców z Los Angeles. Jak wynika z relacji „Tylko Rocka” dziwaczny image i pokręcone dźwięki generowane przez Tankiana, Malakiana, Odadjiana i Dolmayana zdecydowanie przekroczyły horyzont poznawczy części metalowej braci zebranej w Spodku. Mówiąc krócej – wprawiły ich w konfuzję, a od konfuzji już tylko krok do agresji. Swoją dezaprobatę dla artystów polska publiczność wyraziła jednak subtelnie, z klasą i ze swadą – ot, choćby przy użyciu butelek lub wulgaryzmów celnie i bezustannie słanych w kierunku sceny. Dziwnym nie jest (jak mawia jeden z bohaterów mojego ulubionego komiksu), że po latach muzycy SOAD katowicki koncert umieszczają na pierwszym miejscu listy występów mocno nieudanych. I dziwnym również nie jest, że do Polski nigdy później nie zawitali (solowego występu Tankiana w warszawskiej Stodole nie liczę). Ale wróćmy do ad remu.

Opis wspomnianego koncertu miał (dla mnie) niezaprzeczalny walor edukacyjny – wtłoczył mi mianowicie do głowy nazwę System of a Down, z przypisaną doń informacją, że to może być coś oryginalnego i fajnego. Ale na ile oryginalnego i na ile fajnego, tego w epoce przedjutubowej i przedmajspejsowej dowiedziałem się dopiero jakiś rok później, w małej mazurskiej wsi, w której byłem spędzałem wakacje. Tam właśnie nawiedzili mnie znajomi, którzy – oprócz wielu innych przymiotów, o których rozpisywać się nie będę – mieli sympatyczny zwyczaj nagrywania na CD składanek umilających podróż samochodem. W samochodzie właśnie, słuchając jednej z przygotowanych płyt, usłyszałem, wśród wielu lepszych i gorszych numerów różnych wykonawców, dźwięki, które mnie zainteresowały szczególnie. Była w tym melodia, było i przywalenie i fragmenty delikatne, był oryginalny wokalista i był styl. W związku z tym – kierowany niezawodnym instynktem łowcy jeleni – zadałem proste, ale wyrażone piękną, literacką polszczyzną, pytanie „Kurna, dobre to jest – co to?” Odpowiedź, że jest to numer „Spiders” System of a Down’ pomogła mi się utwierdzić w przekonaniu, że fani Slayera mogli się jednak nieco pomylić w surowej ocenie muzyki tej kapeli. Niemniej jednak płyty SOAD jeszcze wtedy nie nabyłem, czekając na lepszy czas, nagły przypływ gotówki albo cholera wie na co.

I lepszy czas – czas definitywnego i na zabój zaprzyjaźniania się z SOAD – nadszedł wraz z teledyskiem „Chop Suey!”, promującym drugą płytę Systemu – „Toxicity”. Mała scena, na niej dziwnych czterech facetów, fani skaczący dookoła  i przede wszystkim muzyka – to elementy, które powaliły mnie na kolana. Na to właśnie czekałem! W „Chop Suey!” zawarta jest właściwie definicja dojrzałego stylu Systemu: zwolnienia/przyspieszenia, zabójcza melodyjność (refren!), wielogłosy, wystrzeliwanie tekstów z prędkością światła, moc, rytm, szaleństwo, ormiańskie zawodzenia, trochę kiczu – okazało się, że udało się (przy pomocy Ricka Rubina, producenta z intuicją – nomen omen producenta najlepszych płyt Slayera) stworzyć w muzyce metalowej nową jakość. Do pozostałych numerów z fantastycznej „Toxicity” musiałem się nieco dłużej przyzwyczajać, ale jak już weszły, to na stałe. I weszły nie tylko mnie, bo „Toxicity” znalazła jakiś gazylion nabywców, czyniąc z SOAD gwiazdę. Lidera na metalowej scenie, na którego inne zespoły patrzyły z uwagą i którego zaczęły podrabiać (patrz – nieudana podróbka w rodzaju „St Anger” Metalliki (1/5)).

Na następną regularną płytę (w tzw. międzyczasie pojawił się składankowy „Steal This Album”) czekałem już jako ortodoksyjny maniak systemowy. Czekałem, czekałem i w 2005 roku się doczekałem. W półrocznym odstępie pojawiły się w 2005 r. płyty „Mezmerize” i „Hypnotize”, które – jako całość – stanowią opus magnum SOAD. Niby jest tutaj wszystko, co pojawiało się już na wcześniejszych płytach, ale jest tego więcej i podane jest jakby lepiej. Może to kwestia większego doświadczenia muzyków, może dłuższego czasu na dopracowanie utworów,  może świetnej produkcji – dość powiedzieć, że wyszło metalowe arcydzieło. Tuż po premierze słuchałem tych płyt non-stop, a dziś – po kilku latach – ciągle do nich wracam (szczególnie do „Mezmerize”) i odkrywam coś nowego. Szkoda niestety, że 2005 r. to data ostatnich wspólnych studyjnych nagrań Systemu. Szkoda, że od 2006 r. zespół pozostaje w zawieszeniu. Niby się nie rozpadł, ale z bliżej niesprecyzowanych powodów nie działa razem. A szkoda, bo na nowe nagrania czekam z utęsknieniem. I nie do końca osładzają to oczekiwanie skądinąd niezłe solowe płyty liderów SOAD („Elect the Dead” Tankiana (4/5) i Scars of Broadway (4.5/5) Malakiana). Ale ciągle jednak mam nadzieję, ze chłopaki coś jeszcze nagrają razem. Czego sobie, Państwu i co bardziej otwartym na nowe doznania fanom Slayera życzę.

 

A teraz oceny, ratingi i inne gwiazdki:

System of a Down (1998) (4/5)
Toxicity (2001) (5.5/5)
Steal This Album! (2002) (3.5/5)
Mezmerize (2005) (5.5/5)
Hypnotize (2005) (4.5/5)

A Mezmerize/Hypnotize jako całość, gnana efektem synergii (6/5)

One Response to “Pożytek z buców”

  1. soros napisał(a):

    🙂 Fajne to były czasy gdy słuchało się Systemów regularnie. Z czasem trochę chyba z tego wyrosłem, ale szacun do nich mam ciągle. No i wrzucę czasem do odtwarzacza Toxicity w przypływie nostalgii. Pod piwko albo 6 zwłaszcza :))
    Pozdrówki dla redakcji. Fajnego bloga robicie.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *