Robert Plant / Band of Joy

Robert Plant / Band of Joy

Drogi Panie Robercie,

Powiadają, że artysta jest tylko wtedy szczery, tylko wtedy jest autentyczny w swojej wypowiedzi, kiedy głód zagląda mu do garów. Nie wierzyłem w to nigdy i właśnie utwierdziłeś mnie Pan w tej niewierze. Mając zapewniony spokój finansowy do końca życia, można robić właśnie to, na co ma się w danej chwili ochotę i machnąć ręką na managerów kuszących milionowymi gażami. Kilka lat temu byłem w mniejszości tych, którzy uważali, że brak dalszych Pańskich występów wraz z odrodzonym na chwilę Led Zeppelin to dobry wybór. Ważniejsza była trasa promująca wspólną płytę wraz z Alison Krauss. Płytę równie dobrą jak ta, której właśnie skończyłem słuchać. Mam teraz za zadanie napisać recenzję. Tak się składa, że cenię zarówno Pana, jak i muzykę, którą Pan zaprezentował na owym krążku, więc z radością zabieram się do roboty. Czekając na następne dokonania, a na razie ciesząc się płytą „Band of Joy”, serdecznie pozdrawiam.

Fan

O zespole Band of Joy już u nas pisano. Po latach Plant nawiązał do swych muzycznych korzeni nazwą tejże płyty i uzasadnił to posunięcie wyborem materiału. W początkach swojej działalności, Robert Plant w tym właśnie zespole śpiewał covery. „Band of Joy” to (z jednym wyjątkiem) zestaw coverów.

Na okładce płyty brak jednak jakichkolwiek wyjaśnień dotyczących autorstwa czy pochodzenia piosenek, i to jest spory minus. Gdy kupuję płytę (nawet w „polskiej cenie”), to chciałbym takie informacje od wydawcy otrzymać.

Zespół towarzyszący głównemu bohaterowi to częściowo muzycy znani z poprzedniego projektu artysty – nagranego wraz z Alison Krauss, oraz wokalistka Patty Griffin. Repertuar krążka jest na równym poziomie, gdybym miał wybrać coś na singiel, byłby z tym kłopot. Utwory nawiązują brzmieniowo do złotych lat folk-rocka, czyli przełomu lat 60. i 70. ubiegłego wieku.

Plant wciąż zafascynowany jest muzyką Orientu, czemu daje wyraz w pierwszym utworze – „Angel Dance” z repertuaru Los Lobos, gdzie pojawia się „dalekowschodnia” melodia w refrenie. Kolejny w zestawie „House Of Cards” to rasowy country rock. Podobnie jak autorski „Central Two-O-Nine”, który mógłby spokojnie znaleźć się na ścieżce dźwiękowej „Bracie, gdzie jesteś?” genialnego filmu Joela i Ethana Coenów. Kto nie widział, niech żałuje. „Silver Rider” to piosenka bliska utworom z poprzedniej płycie artysty.

Tyle że zamiast Alison mamy duet z Patty, która obdarzona jest delikatną, dziewczęcą barwą głosu. „You Can’t Buy My Love” kapitalne rock’n’rollowe granie w stylu lat 50. Ciekawa – wysoka barwa basu. Lata 50. kłaniają się też w następnym numerze. Stylowa ballada „Falling In Love Again” cudownie rozpisana na głosy. Jak dobrze, że jeszcze ktoś nagrywa takie kawałki. Przypominają się czasy The Honeydrippers – tajemniczej grupy Planta i Page’a. „The Only Sound That Matters”, „Cindy I’ll Mary You Someday” i „Harm’s Swift Way” to rasowe numery country. W „Monkey” Plant oddaje główną linię wokalną Patty Griffin, śpiewając drugi głos. Utwór przypomina nastrojem (i barwą głosu Patty) słynne duety Nicka Cave’a i Kylie Minogue z płyty „Murder Ballads”. Klimat pieśni pracy odnajdujemy w „Satan, Your Kingdom Must Come Down”. Wreszcie na finał otrzymujemy „Even This Shall Pass Away”, oparty na mocnym, niemal szamańskim rytmie. Bluesujący i energetyczny.

Robert Plant podąża wzdłuż linii, którą zaczął kreślić na płytach „Mighty ReArranger” i „Raising Sand”. Podobno w ramach projektu Band of Joy mają powstać autorskie piosenki. Czekam z radością.

Jeszcze tylko okładka, jakbym gdzieś widział? No tak, to „Innuendo” Queen. Podobna estetyka, ale muzycznych nawiązań do Królowej nie ma. Może to przypadek.

Angel Dance, House Of Cards, Central Two-O-Nine, Silver Rider, You Can’t Buy My Love, Falling In Love Again, The Only Sound That Matters, Monkey, Cindy I’ll Mary You Someday, Harm’s Swift Way, Satan, Your Kingdom Must Come Down, Even This Shall Pass Away

(4.5/5)

Data wydania: 13.09.2010 r

4 komentarze to “Robert Plant / Band of Joy”

  1. pi napisał(a):

    Mnie też wkurza szerzący się ostatnio tręd coraz większego ubożenia poligrafii i ogólnie tego co dostaje się wraz z krążkiem. To czym płyta ciągle może górować nad mp3, czy innymi formatami rozpowszechnianymi bez udziału tradycyjnych nośników, to oprawa. Tymczasem brak tekstów, informacji na temat autorów utworów, czy nawet czasu ich trwania po prostu stawia pod znakiem zapytania sens zakupu płyt. Gdyby nie fakt, że brak mi kasy na odtwarzacz strumieniowy wszelkie nowości kupowałbym już tylko w formie bezstratnych plików audio.

  2. alek napisał(a):

    Ale sama płyta Planta b. ok.

  3. pawel napisał(a):

    błagam pomocy…przetrzepałem internet i juz nie mam pomysłu jak dojść do tego, kto zaprojektował okładkę….Wyczytałem tylko, że nad wszystkim czówał robert plant ale ja szukam autora rysunków. One są niesamowite

  4. totem napisał(a):

    Wydaje mi się, że w Teraz Rocku czytałem wywiad z Plantem, w którym opowiadał o tej okładce. Niestety nie pamiętam szczegółów, a egzemplarza miesięcznika już nie mam (o ile to był Teraz Rock). Proponuję odezwać się do autorów strony okladki.net, może będą w stanie pomóc.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *