Szanty?

Szanty?

Nie posłuchałem się Darka. Zacząłem słuchać szant. Nie tak jak zwykle – przy piwie, ognisku, gitarach i dziewczynach. Ale nałogowo. W domu i w drodze. Poddałem się całkowicie słuchaniu czegoś, co szant mi nie przypomina nawet w jednej nucie.

Legenda głosi, że ekipa twórców filmu „Piraci z Karaibów”, który też nie przypomina mi tego, czym niby jest, postanowiła wydać płytę z pirackimi balladami, morskimi pieśniami i szantami. Ekipa filmowa, ale mocno muzyczna. Reżyser „Piratów” Gore Verbinski ponoć grał kiedyś na gitarze w punk rockowych kapelach, a na pewno ma na swoim koncie teledyski L7 i Bad Religion oraz wiele wybitnych reklam dla Nike, Canona, Coca Coli wraz z legendarną kampanią z żabami dla Budweisera. Natomiast genialny aktor Johny Depp zanim został aktorem był muzykiem rockowym, a nawet wraz ze swoimi The Kids grał przed Iggym Popem.

Do współpracy przy tym projekcie zaprosili Hala Willnera, producenta znanego z pracy z: Marianne Faithfull, Lou Reedem, Billem Frisellem, Williamem S. Burroughsem, Laurie Anderson i Allenem Ginsbergiem.

Poszły wici do muzyków ze wszystkich zakątków oceanów i zebrała się załoga godna Czarnej Perły: Nick Cave, Bryan Ferry, Bill Frisell, David Thomas, Sting, Rufus Wainwright, Bono, Antony, Sting, Jarvis Cocker i Lou Reed – to tylko ci, których znałem, zanim zacząłem słuchać szant.

Legendę przeczytałem. Opisy płyty znalazłem w Internecie i wszystko mi mówiło, szeptało zza światów: musisz to mieć, musisz to znać. Przy jakiejś okazji powiedziałem o tym Darkowi. On się skrzywił, wzruszył ramionami i ironicznie bąknął coś pod nosem, przez co wstrzymałem się z zakupem na parę tygodni. Parę straconych muzycznie tygodni.

Bo to wielka płyta. 43 utwory na dwóch CD, które wpłynęły gwałtem na moje wody terytorialne niczym kapitan Jack Sparrow. Szanty, morskie opowieści, o których można powiedzieć, że są: genialne, dziwne, zaskakujące, hipnotyczne, bluesowe, rockowe, punkowe, artystowskie, pijackie, pulsujące, mroczne, radosne, seksualne, łagodne, folkowe, jazzowe, awangardowe, pokręcone, ale na pewno nie można ich nazwać klasycznymi. Prawdziwa uczta dla ucha takiego człowieka jak ja.

W odróżnieniu od ultrapurystów dla mnie fado nie musi brzmieć jak fado, może to brzmieć jak minimalistyczny jazz, byleby tylko brzmiało GENIALNIE I TWÓRCZO. I tak jest z tymi szantami.

Dzięki tej płycie poznałem takich wykonawców jak Baby Gramps, Richard Thompson, John C. Reilly, Loudon Wainwright III, Three Prunded Men, Joseph Arthur, Mark Anthony Thompson, Gavin Friday, Eliza Carthy, Martin Carthy, Bob Neuwirth. Jedna płyta i tyle odkryć!

Za absolutne cuda tej płyty uważam to, jak Bryan Ferry wykonał „The Cruel Ship’s Captain”, Gavin Friday – „Baltimore Whores”, Baby Gramps – „Cape Cod Girls”, Eliza Carthy – „Rolling Sea”, a David Thomas – „What Do We Do With A Drunken Sailor”. Uwaga! To najbardziej pokręcony wybór, jaki można sobie wyobrazić.

Ale to też jedna z najbardziej pokręconych płyt, nieodrodna siostra jednego z najbardziej pokręconego filmu o piratach. Więc jeśli szukacie czegoś niezwykłego, a jesteście ludźmi pokręconymi i otwartymi na totalne niespodzianki oraz przygotowani na sztorm przewartościowania wszystkiego, co do tej pory myśleliście o szantach (pozytywnego i negatywnego), to włączcie ją i odpłyńcie.

A będzie 10 w skali Beauforta

Gwiazdki:
Rogue’s Gallery Pirate Ballads, Sea Songs & Chanteys (5/5)

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *