Salvator Elvis – recenzja z koncertu znanej nielicznym grupy

Salvator Elvis – recenzja z koncertu znanej nielicznym grupy

15 listopada 2013 roku o godzinie 19:00 w Domu Kultury przy ul. Kościuszki 49 w Piasecznie odbył się zorganizowany przez Centrum Kultury Piaseczno koncert KONTAKT, podczas którego wystąpiły zespoły Those Who Dream By Day, Salvator Elvis oraz Westwood. Największe emocje moje oraz zgromadzonej licznie publiczności wzbudził zespół Salvator Elvis i jemu chciałbym poświęcić tę notkę.

Atmosfera, jak to na takich koncertach, była wynikową liczby fanów muzyki, przyjaciół muzyków i przypadkowo zaplątanych w taką sytuację przechodniów. Swobodne rozmowy artystów z publicznością wymienianą z imienia, nazwiska albo ksywy. Publiczność traktująca muzyków bez uwielbienia i lęku, w zasadzie widząca się oczyma wyobraźni po prostu na scenie. Wszechobecne rozmowy w kuluarach, przy barze, w korytarzu, na zapleczu, na widowni i na scenie spowodowały, że na samym początku impreza przypominała charakterem bardziej rodzinny piknik niż emanację diabelskiego rokandrolla.

Również akustycy podporządkowali się temu duchowi czasu i tak nagłaśniali grających, aby broń-boże nie przeszkadzali oni konwersacjom, np. przez ewidentne zmniejszenie poziomu słyszalności wokalistów do wartości prawie graniczących z zerem.

Na szczęście show na tym nie cierpiał, gdyż wszyscy obecni, włącznie z dziećmi liderów, zajęci byli tworzeniem atmosfery wielkiego występu. Sytuacja zmieniła się w połowie koncertu grupy Salvator Elvis, kiedy to nie wiadomo skąd, dlaczego i jak to w ogóle możliwe, ale wszyscy skoncentrowali się na występie zespołu. Nie wiem, czy porównanie będzie adekwatne, ale rzeczywiście myśląc o tym, pojawiają mi się w głowie różne zdjęcia ukazujące The Beatles w The Cavern. Toutes proportions gardées – oczywiście.

Odbywało się to pomimo słyszalnej z bliska niedyspozycji wokalisty, który tu i ówdzie przepraszał za ból gardła z jakim wystąpił i z wysiłkiem mniej lub bardziej, a nawet bardziej skutecznie walczył ze zdarzającymi się z tego powodu fałszami, które w zalewie entuzjastycznych reakcji publiczności można by rzec w ogóle nie były słyszalne, no, chyba, że były.

A jeśli były, to empatyczna z twórcami publiczność, która sama miała wieloletnie doświadczenia sceniczne, energicznie podpowiadała, żeby wokalista trochę podnosił głowę podczas śpiewania górnych partii refrenu. Wtedy struny głosowe są dłuższe i bardziej napięte. Czyściej i wyżej wtedy można ciągnąć śpiewanie. Analogicznie, żeby śpiewać niżej lekko opuszcza się głowę.

Zresztą trudnej sztuki współpracy z akustykami zespoły uczą się latami, dlatego sam fakt, że już w połowie występu można było usłyszeć prawdziwe, pełne, realne, soczyste brzmienie grupy Salvator Elvis traktuję jako ich duży plus i dobry prognostyk na przyszłość i wróżbę zwycięstwa na listach przebojów za lat 1 (jeden). Jestem przekonany, że każdy kolejny koncert grupy mogę Wam z czystym sercem polecić, nawet jeśli nie jesteście uodpornieni na przygody początkujących kapel w świecie maleńkich polskich klubów.

Wracając do muzyki zespołu. Oscyluje ona w rejonach tzw. brytyjskiego grania, lekko metroseksualnego (you know what I mean), podszyta smutkiem, śmiercią i jeansem. To, co zwraca moją, jak i słuchaczy, uwagę, to niezwykły talent do pisania piosenek i przebojowych melodii jaki ma zespół oraz niezwykłe świadome i bardzo dojrzałe granie instrumentalistów.

Pomimo klasycznego rockowego grania (oj, przydałoby się więcej szaleństwa w patentach, choć może niekoniecznie) gitarzysta w psychopatyczny sposób operuje efektami, grając solo na gałki i pokrętła, solo orientalne (nomen omen rewelacyjne), solo zrośnięte z nadużywaniem kostek, solo złożone z maksymalnie dwóch dźwięków, solo bez solówek. To wizjoner, człowiek z wyobraźnią, który ma świetne pomysły i który ani razu nie zagrał popisówy (sic!), był w całości podporządkowany idei brzmienia w całości, w którym naprawdę wszystko się pięknie układało i nikt nikomu nie przeszkadzał.

Perkusista z kolei jest ewidentnie najlepszym gitarzystą z kapeli, co można poznać po sposobie gry na bębnach, które jako żywo przypomina granie na gitarze: mocna prostota stylu Neila Younga, uderzenie, niezwykłe tempo, ładna współpraca z basistą. Mocna sekcja jak mówią. Przemyślana, świadoma, z wyboru, a nie z umiejętności. Siła spokoju i siła muzyki.

Poza własnymi, naprawdę kapitalnymi kompozycjami, zdarzyło się zespołowi zagrać na koncercie również covery. O nich zmilczę, gdyż wiecie, jakie mam ekstremalne zdanie a propos coverów, ale z kronikarskiej sumienności wspomnę, że był to utwór Joy Division. Nieźle, ale nie aż tak, że stał się to w mojej świadomości utwór Salvatora Elvisa. Choć jest to wskazówką dla odbioru linii melodycznych i barw wykorzystywanych przez Salvator Elvis.

 

Reasumując. Warto było. Warto będzie. Warto.

salvator-elvis

fot. Magdalena Łobaczewska

 

Notatka (badziewna) na temat zespołu:

SALVATOR ELVIS Pochodzą z Piaseczna albo z Memphis. Grają od roku albo od roku 1957, kiedy pierwszy raz spotkali się w legendarnej spelunce „BIG R”. Ich perkusista jest kolarzem, a kolaże robi basista. Dwóch pozostałych warto nie znać. Wydali płytę, czyli mają za sobą pierwsze demo nagrane pod martwym lisem. Ich piosenki wnikliwie diagnozują otaczającą nadrzeczywistość. Nie pielęgnują drzew. Więcej informacji na: facebook.com/SalvatorElvis

http://www.youtube.com/user/SalvatorElvis

ps. dziękuję Tomkowi i Piotrkowi za inspirację

2 komentarze to “Salvator Elvis – recenzja z koncertu znanej nielicznym grupy”

  1. tenpawlak napisał(a):

    Już po kilku dniach istnienia tego tekstu chcę powiedzieć, że 15 listopada 2013 roku byłem 1640 km od Piaseczna. Znam dobrze nagrania grupy z wydanej własnym sumptem epki. I wybieram się na najbliższy koncert grupy Salvator Elvis.

    • tenpawlak napisał(a):

      22 kwietnia 2017 roku byłem na koncercie Salvator Elvis w Piasecznie w Domu Kultury. To w sumie był mój 4. koncert tego zespołu. Nic się nie zmieniło.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *