Kłopot z The Clash

Kłopot z The Clash

Obejrzałem na DVD film „Joe Strummer – The future is unwritten”. Myślę sobie: tylu sławnych i wielkich muzyków, których szanuję, wypowiada się panegirycznie (trudne słowo) o liderze The Clash, a ja? Co ja na to? W końcu też swój rozum mam. Postanowiłem więc przebadać siebie i na podstawie wszystkich płyt The Clash, które mój iPod przechowuje [„The Clash” (1977), „London Calling” (1979), „Sandinista!” (1980), „Combat Rock” (1982)] doprowadzić do jasnych konkluzji na temat ww. zespołu.

Zerknąłem jeszcze do dyskografii i okazało się, że z podstawowego setu nie mam tylko drugiej płyty – „Give ‚Em Enough Rope” (1978), więc mogę stanowczo twierdzić, iż dokonałem gruntownej analizy, a wyniki są całkowicie uzasadnione i niepodważalne.

Poprosiłem respondenta o odpowiedzi na następujące pytania:

Pierwsze: Która z powyższych płyt The Clash jest najlepsza?
W tym celu respondent w drodze do Poznania na koncert Nine Inch Nails musiał przesłuchać wszystkie płyty, czyli łącznie 81 piosenek, i wysnuć następujące wnioski: (zapis w postaci verbatimów) No, myślałem, że pierwsza. W końcu najbardziej punkowa, ale jak teraz słucham, to w sumie nie wiem, co chłopaki mieli na myśli. Grali gorzej niż Sex Pistols w kawałkach punkowych. To pewnie „Sandinista”. Płyta największa dla fanów ze względu na swoją otwartość i różnorodność muzyczną, ale trzy płyty (na winylu) od sasa do lasa naraz? Tego nie można znieść. „Combat Rock” ma dwa nieśmiertelne hity:
„Should I stay or should I go” i „Rock the Casbah”. Ale jakoś tak nie wchodzi. No przecież!!! Najlepsza jest „London Calling” z jedną z najlepszych okładek w historii muzyki (patrz Elvis Presley)!!! Dla potwierdzenia tezy muzycznej (designerska teza jest poza wszelką dyskusją) respondent jeszcze raz przesłuchał „London Calling” i doszedł do wniosku, że: Dupa. Nawet tej płyty nie jestem w stanie przesłuchać całej z nieopadającym napięciem ciał jamistych! Już nawet niezła jest produkcja muzyczna i są kawałki naprawdę świetne, ale są też te, których w ogóle mogłoby nie być.

Drugie pytanie: Czy zespół The Clash zasługuje na uwagę słuchacza?
No tak! Noo… chyba tak… W końcu dzięki niemu Bono dowiedział się, gdzie jest Nikaragua. Poza tym ma kilka naprawdę udanych piosenek, niezależnie od ich zaangażowania politycznego.

Trzecie pytanie: Którą płytę kupić, jeśli kupić?
The best of…”, jeśli taka istnieje. A jak wciągnie, to „London Calling”.

Czwarte pytanie: O co chodzi w legendzie The Clash?
Ch…j wie. Ale może to sprawa generacji. Że się nie załapałem. A na Sex Pistols tak. To ja już nic nie wiem. Zapytajmy Ch…ja.

Piąte pytanie: Kto lepszy Sex Pistols czy The Clash?
Sex Pistols „Never mind the bollocks, Here’s the…”.

Szóste pytanie: The Clash w służbie kapitalistycznym hienom?
Owszem, w reklamie Levi’s grało „Should I stay or should I go”.

Siódme pytanie: Zachwyca? Umiarkowanie. Szacunek? Tak.

I jeszcze ten Bono, który miał tylko jeden zarzut do nich, że taki zespół jak The Clash powinien cały czas istnieć. To dobra wiadomość dla fanów U2. Będą istnieli jak Orkiestra Owsiaka – do końca świata i o jeden dzień dłużej. Nawet jak kupa z pampersów będzie im się wylewała wiadrami, a cały szoł będą za nich robili młodzi ghost-musicians.

I to jest dobra wiadomość. The Clash przestał grać w porę. I zostali legendą.

Gwiazdki:
Zespół The Clash (4.5/5)
„The Clash” (3/5)
„London Calling” (4/5)
„Sandinista!” (2.5/5)
„Combat Rock” (2/5)

5 komentarzy to “Kłopot z The Clash”

  1. MK napisał(a):

    Ta strona to jest to, czego szukałem w necie od paru lat. Ciekawe artykuły nie o pierdołach a o muzyce. Tak trzymajcie. Naprawde szczere gratulacje!

  2. tenpawlak napisał(a):

    Dowiedziałem się dziś, że jest płyta The Clash „The Singles”, czyli to jest ta właśnie płyta, którą polecam wszystkim, chcącym rozpocząć swoją przygodę i poznać The Clash.

  3. spirydion napisał(a):

    jeżeli jest jakiś kłopot z the Clash to dla mnie jest on jedynie związany z tą niezbyt przekonującą zabawą w „politykowanie”…no i może czasem niekoniecznie optymalną selekcją numerów które weszły na poszczególne płyty (niektóre single, nawet mniej znane b-sides, sa lepsze niż to co na płytach)
    tym niemniej London Calling w całości jest bezbłędne i ponadczasowe, każdy powinien zakochać się w tej płycie w wieku 17 lat, żeby na starość zachować trochę wiary w ludzkość:)…jedynka też jest zajebista, mimo koślawego grania (a nawet trochę dziki niemu!), co do reszty to już zależy – ja nie przepadałem np. na Combat Rock za „casbah” bo słyszałem to milion razy za często zanim kupiłem kompakt, dlatego odswieżające dla mnie na tej płycie jest np. Atom Tan albo Car Jamming. a z Sandinisty proponuję wszytkim wypalić sobie jedną płytkę – ja tak zrobilem i wyszła mi rzecz poziomem niemal równa tej”londyńskiej”

  4. tenpawlak napisał(a):

    A możesz podzielić się z Czytelnikami przepisem na Sandinistę w jednej płycie?
    1.
    2.
    3.
    itp.

  5. spirydion napisał(a):

    El Mejor Sandinista:

    1.the magnificent seven
    2.hitsville in uk
    3.junco partner
    4.ivan meets g.i. joe
    5.the leader
    6.rebel waltz
    7.the crooked beat
    8.one more time
    9.one more dub
    10.midnight log
    11.the call up
    12.washington bullets
    13.version pardner

    entonces, en vez de 3 discos (2 CD) aqui tenemos todo que importa… y mas tiempo para escuchar Super Black Market Clash que merece la pena!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *