VANILLA FUDGE: Out Through The In Door

VANILLA FUDGE: Out Through The In Door

Tenpawlak słusznie zauważył parędziesiąt wpisów temu, że covery mogą być solą i esencją. Choć pewnie jest z nimi nie inaczej niż z oryginalnymi numerami – mogą być także popłuczynami i mielizną. Muzykę można bowiem bezmyślnie (choć z uwielbieniem) kopiować lub z premedytacją stawiać na głowie; ewentualnie – i tu jest najciekawiej – można ją także rozumieć. Można ją widać, słychać i czuć.

Jak wynika z załączonych przykładów, bohaterami będą piosenki Moich Ulubionych Złodziei (czyli zawodowych kryptokowerzystów) w wersjach mistrzów gatunku, zawodowych kowerzystów.

Przedsięwzięcie, na które porwali się panowie Stein, Martell, Bogert i Appice jest dość karkołomne: płyta z coverami tylko jednego zespołu, w dodatku zespołu, którego piosenki są absolutną klasyką. I ważą teraz zapewne znacznie więcej niż w latach sześćdziesiątych ważyły Beatlesowskie „Ticket To Ride”  i „Eleanor Rigby”, także wzięte na tapetę – z cudownym skutkiem – przez wymienioną czwórkę.

Z drugiej strony jednak – kto ma większe prawo do nagrania płyty z kawałkami Led Zeppelin niż klasyczny skład Vanilla Fudge?  To przecież oni wynieśli cover do rangi arcydzieła („You Keep Me Hangin’ On”, „Eleanor Rigby”) i to oni koncertowali i imprezowali w 1968 i 1969 wraz z wznoszącym się gwałtownie Sterowcem. I to Mark Stein kręcił ichtiologiczne popisy Bonhama i  Richarda Cole’a. Więc bezapelacyjnie tytuł moralny mają.

Dobór kawałków jest przekrojowy, poczynając od „Dazed And Confused”, skończywszy na „Fool In The Rain”. Dla Zeppelin te 10 lat były drogą olbrzymią, natomiast Vanilla Fudge łączy te nieprzystające dokonania w zestaw bardzo jednorodny –  może nie tyle stylistycznie, ile brzmieniowo. Brzmienie nowej-starej Vanilli jest bardziej zwarte rytmicznie, mocne, często oparte na instrumentalnych unisonach, nawet metalowe momentami („Immigrant Song”). Głos Marka Steina przypomina nam jednak natychmiast, że to kapela z korzeniami w late sixties – tak się już teraz (niestety!) nie śpiewa. To właśnie Stein z jego potężnymi organami i głosem jest pierwszoplanową postacią bandu – co może wywoływać pewne uczucie niedostatku u porównujących możliwości wykonawcze Steina i Martella z duetem Page/Plant. Całe szczęście Vaniliowi nie próbują bić rekordów konkurencji, lecz skupiają się na brzmieniu całości i uwypuklają to, co w muzyce Led Zeppelin również było najistotniejsze – SIŁĘ. I tego nagraniom VF nie brakuje. Nieco słabiej idzie im w rejonach folkowych, gdzie Zeppelin proponował mistrzowskie gitarowe pitu-pitu i przełamujący się chrypką wokal. A jednak i tu udaje się coś ugrać: „Ramble On” huśta się refrenami w stronę soul, a „Baby I’m Gonna Leave You” jest po prostu metalową balladą, jednym z mocniejszych fragmentów płyty. Na pewno drugim takim  jest „Dazed And Confused”, gdzie opadająca półtonami linia basu jest monumentalnie dublowana przez resztę kapeli, a Carmin Appice szaleje po kotłach niczym Bonzo. Oczywiście wszystko podane z towarzyszeniem firmowego znaku coverów VF, czyli zmian tempa: „Dazed…” jest odrobinę przyspieszone, natomiast „Fool In The Rain” fajnie wypada zwolnione. A największym smakołykiem jest ostatnia piosenka, która w oryginale powala jak na Zeppelin umiarkowanie. Dramatyczne, melodyjne zwrotki „Your Time Is Gonna Come” to na pewno coverowe osiągnięcie na miarę wersji „Eleanor Rigby”. Doskonałe.

Reasumując: wyzwanie było ogromne, ale chłopaki podołali. Nie odjechali na pewno jak Dread Zeppelin, ale o kopiowaniu nie ma mowy. To Vanilla Fudge grający muzykę, która im leży. Wszędzie tam, gdzie pracują jako ekipa, jest świetnie. Tam, gdzie „wychodzą na solo” i gdzie najmocniej narzuca się porównanie – ja zaczynam się czepiać.  Martella, że to jednak nie ta liga; Appice’a, że może to już nie ten wiek, by polować na „Moby Dicka”; Bogerta, że świetny, ale takie brzmienie basu owszem, pasuje do „Trampled Under Foot”, ale nigdy w życiu do „Ramble On”.  Przeważa jednak to pierwsze, zespołowe, podejście. I dlatego płyta jest udana – polecam.

Vanilla Fudge, „Out Through The In Door”, 2007

(3.5/5)

„Immigrant Song”, „Ramble On”, „Trampled Under Foot”, „Dazed and Confused”, „Black Mountain Side”, „Fool in the Rain”, „Babe I’m Gonna Leave You”, „Dancing Days”, „Moby Dick”, „All My Love”, „Rock and Roll”, „Your Time Is Gonna Come”

Tenpawlak słusznie zauważył parędziesiąt wpisów temu, że covery mogą być solą i esencją. Choć pewnie jest z nimi nie inaczej niż z oryginalnymi numerami – mogą być także popłuczynami i mielizną. Muzykę można bowiem bezmyślnie (choć z uwielbieniem) kopiować lub stawiać na głowie; ewentualnie – i tu jest najciekawiej – można ją także rozumieć. Można ją widać, słychać i czuć.

Jak widać z załączonych przykładów, bohaterami będą piosenki Moich Ulubionych Złodziei (czyli zawodowych kryptokowerzystów) w wersjach mistrzów gatunku, zawodowych kowerzystów.

Przedsięwzięcie, na które porwali się panowie Stein, Martell, Bogert i Appice jest w swym zarysie karkołomne: płyta z coverami tylko jednego zespołu, w dodatku zespołu, którego piosenki są absolutną klasyką. I ważą teraz zapewne znacznie więcej niż w latach sześćdziesiątych Beatlesowskie „Ticket To Ride”i „Eleanor Rigby”, także wzięte na tapetę – i z cudownym skutkiem – przez wymienioną czwórkę.

Z drugiej strony jednak – kto ma większe prawo do nagrania płyty z kawałkami Led Zeppelin niż klasyczny skład Vanilla Fudge? To przecież oni wynieśli cover do rangi arcydzieła („You Keep Me Hangin’ On”, „Eleanor Rigby”) i to oni koncertowali i imprezowali w 1968 i 1969 wraz z wznoszącym się gwałtownie Sterowcem. I to Mark Stein kręcił ichtiologiczne popisy Bonhama iRicharda Cole’a. Więc bezapelacyjnie tytuł prawny i moralny mają.

Dobór kawałków jest przekrojowy, poczynając od „Dazed And Confused”, skończywszy na „Fool In The Rain”. Dla Zeppelin te 10 lat były drogą olbrzymią, natomiast Vanilla Fudge łączy te nieprzystające dokonania w zestaw jednorodny – mniej może stylistycznie, ale na pewno jednorodny brzmieniowo. Brzmienie nowej-starej Vanilli jest bardziej zwarte rytmicznie, mocne, często oparte na instrumentalnych unisonach, nawet metalowe momentami („Immigrant Song”). Głos Marka Steina przypomina nam jednak natychmiast, że to kapela z korzeniami w late sixties – tak się już teraz (niestety!) nie śpiewa. To właśnie Stein z jego potężnymi organami i głosem jest pierwszoplanową postacią bandu – co może wywoływać pewne uczucie niedostatku u porównujących możliwości wykonawcze Steina i Martella z duetem Page/Plant. Całe szczęście Vaniliowi nie próbuja wygrywać konkurencji, lecz skupić się na brzmieniu całości i uwypuklić to, co w muzyce Led Zeppelin również było najistotniejsze – SIŁĘ. I tego nagraniom VF nie brakuje. Nieco słabiej idzie im w rejonach folkowych, gdzie Zeppelin proponował delikatne pitu-pitu na gitarkach i przełamujący się chrypką wokal. A jednak i tu udaje się coś ugrać: „Ramble On” huśta się refrenami w stronę soul, a „Baby I’m Gonna Leave You” jest po prostu metalową balladą, jednym z mocniejszych fragmentów płyty. Na pewno drugim takimjest „Dazed And Confused”, gdzie opadająca półtonami linia basu jest monumentalnie dublowana przez resztę kapeli, a Carmin Appice szaleje po kotłach niczym Bonzo. Oczywiście wszystko podane z towarzyszeniem firmowego znaku coverów VF, czyli zmian tempa: „Dazed…” jest odrobinę przyspieszone, natomiast „Fool In The Rain” fajnie wypada zwolnione. A największym smakołykiem jest ostatnia piosenka, która w oryginale powala jak na Zeppelin umiarkowanie. Dramatyczne, melodyjne zwrotki „Your Time Is Gonna Come” to na pewno coverowe osiągnięcie na miarę wersji „Eleanor Rigby”. Doskonałe.

Reasumując: wyzwanie było ogromne, ale chłopaki podołali. Nie odjechali na pewno jak Dread Zeppelin, ale o kopiowaniu nie ma mowy. To Vanilla Fudge grający muzykę, która im leży. Wszędzie tam, gdzie pracują jako ekipa, jest świetnie. Tam, gdzie „wychodzą na solo” i gdzie najmocniej narzuca się porównanie – ja zaczynam się czepiać.Martella, że to jednak nie ta liga; Appice’a, że może to już nie ten wiek, by polować na „Moby Dicka”; Bogerta, że świetny, ale takie brzmienie basu owszem, pasuje do „Trampled Under Foot”, ale nigdy w życiu do „Ramble On”.Przeważa jednak to pierwsze, zespołowe, podejście. I dlatego płyta jest udana – polecam.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *