Koncert ze wsparciem

Koncert ze wsparciem

Nie lubię pisać o koncertach. Z jednej strony to świetna okazja, aby poznawać nowe granie. Ale wtedy trzeba w zasadzie być totalnie w muzycznym gazie, bo przecież znane i uznane to już nie nowe. A z drugiej strony szansa na “zobaczenie” jakiejś legendy na żywo. Czasem za życia. Jak w moim przypadku na przykład koncert Lou Reeda, albo po śmierci, jak w moim przypadku koncert The Stranglers. I to są raczej doświadczenia z gatunku smutkiem podszytych. Och, bardzo smutnych.

Owszem zdarzają się też jakieś koncerty legendy. Rage Against The Machine na Torwarze, Beastie Boys i Body Count w namiocie Colosseum na Woli, Tom Waits w Kongresowej, Einstürzende Neubauten w Stodole, Swans w Stodole, Jane’s Addiction w Poznaniu, Half Japanese w Głogowie, Matisyahu, Die Antwoord na festiwalu, The Ukrainians w CDQ oraz wszystkie koncerty Nicka Cave’a gdziekolwiek grał. Wszystkie! No i oczywiście CAN ale to już w Berlinie, a tu piszę tylko o zagranicznych wykonawcach grających w Polsce.

Ale już Patti Smith, U2, George Michael, Sinead O’Connor, Metallica, Laibach, Peaches, Tricky, Prodigy, Red Hot Chilli Peppers, Iggy Pop, czy Salvator Elvis, że tak polecę po gigantach i wiele innych koncertów, które w tej chwili nie przychodzą mi na myśl po prostu znikają w mrokach niepamięci, w szufladach zatytułowanych, ach, tak! no, byłem, widziałem, było… ok. Długofalowo rozczarowujące, prawda?

Z czasem coraz trudniej było mi się zdecydować na ryzyko zawiedzionych nadziei i konfrontacji z wyobrażeniami. Dlatego nie poszedłem ani na Ringo Starra ani na Sir Paula McCartneya choć były to bardzo trudne decyzje. A teraz się zastanawiam czy iść zobaczyć na żywo Motörhead? Przecież oni mogliby być dziadkami moich dzieci… Choć z drugiej strony jakie to by było cudowne! Lemmy Kilmister do którego dzwonię rano o 7:35 i mówię, że Tośka ma wysoką gorączkę, a On mówi dobra zaraz będę, posiedzę z nią, pobawię się i przypilnuję, żeby nic jej się nie stało, dopóki nie wrócisz z pracy. Fajny jest ten Lemmy! To chyba jednak pójdę na jego koncert.

Jednak kiedy do Polski przyjeżdża światowa i aktualna pierwsza liga to czym prędzej biegnę zarezerwować bilet. Choć potem okazuje się, że bez sensu, że bilet można było kupić po prostu z marszu, a sala wypełniona jest w 1/3, optymistycznie licząc. Kwestia ceny? 90 złotych. Za trzech wykonawców. Sami oceńcie.

Sala. Świetna sala Progresja Music Zone tuż obok Centrum Handlowego Fort Wola. Okolica — masakra. Zero klimatu. Ale w środku — światowy standard. Akustyka, wygłuszenia, bary, korytarze, ochrona, obsługa — topowe, zero obciachu, a zamiast tego max przyjemności. Jakbyście się kiedykolwiek zastanawiali, czy pójść tam na koncert, to po prostu pójdźcie. Będziecie chodzić zawsze.

Mark Lanegan to absolutna teraźniejsza pierwsza liga światowa. Pod koniec zeszłego roku wydał nową płytę Phantom Radio i przyjechał ją promować również w Polsce. Na dwa koncerty na trasie. W Warszawie w Pogresji 🙂 i w Krakowie.

pogresjaIMG_2614

Co więcej, myślę, że Lanegan długo będzie w tej pierwszej lidze, bo ma ponadczasowy styl, który nigdy nie był nowoczesny, choć zawsze był współczesny. Ponadczasowa klasyka ogromnego smutku w duszy, który bardzo cieszy i kopie energią. Na końcu tego wpisu przeczytacie kilka słów o koncercie Marka, ale na początek wsparcie czyli supporty.

The Faye Dunaways — występ zespołu, na który się spóźniłem, a o którym to (zespole) praktycznie nic nie znajdziecie w internecie. Niemniej mogę z tego co widziałem i słyszałem powiedzieć, że jako wsparcie mieli fajne wizualizacje i ciekawą elektroniczną, transową, kraut-bluesową muzykę. Nie wiem, czy ten trans jest “słuchalny” na płycie, ale na koncercie potrafił w ciągnąć, nawet jak się w tym czasie stało w kolejce do baru po cytrynowego Schweppesa. Tyle udało mi się o nich znaleźć: Są z Belgii i tworzą ten zespół Fred Lyenn Jacques (także Lyenn, Mark Lanegan Band, Dance Dance) i Aldo Struyf (Creature With The Atom Brain, Mark Lanegan Band, Millionaire, Doberman).

Ciekawostką jest nazwa grupy, czyli nawiązanie do nazwiska aktorki Faye Dunaway, która zdobyła i Oscara i Złotą Malinę i Złoty Glob i BAFTA i Emmy będąc jednocześnie wielokrotnie nominowana do tych nagród. Odkryłem podczas poszukiwań, że widziałem ją w filmach Bonnie i Clyde, Układ, Chinatown, Network, Ćma barowa, Porucznik Kolombo, ale w sumie nie wiedziałem o niej nic, włącznie z tym, że wystąpiła w dwóch polskich filmach.

Po nich chwila przerwy, tradycyjne zakupy koncertowe obarczone lekkim zdziwieniem, że płyty są na koncercie droższe niż w sklepach, co miało się wyjaśnić na końcu koncertu. Kupiłem więc płytę Marka sprzedawaną tylko na koncertach pod tytułem Dark Mark does Christmas 2012.

Dark Mark

Duke Garwood — fizycznie i muzycznie tak podobny do Marka Lanegana, że przez długi czas myślałem, że to sam Mark, który bandem nazwał perkusistę, wybrał same smutne, wolne i nieznane mi utwory i w ten sposób odbędzie się koncert w Polandzie. Lekkie rozczarowanie, ale ponieważ widziałem już różne dziwy i uważam, że artysta ma prawo do prezentacji swojej twórczości w formie takiej jak chce, to przyjąłem tę formę na klatę, z dobrodziejstwem inwentarza. Tak, (info dla fanów), nie znałem tego nazwiska, bo nie znałem twórczości Lanegana w kolaboracjach. Natomiast kiedy się dowiedziałem, że to jest inny podmiot wykonawczy, czym prędzej pobiegłem do stolika i kupiłem aż dwie płyty Duke’a, choć nie były tanie. Na koncercie całą muzyczną przestrzeń tworzyła kombinacja mamroczącego wokalu, totalnych i ciągłych sprzężeń gitary, specyficznego tańczenia palcami po strunach, w którym melodia była wygrywana na wysokich, a sprzężenia na niskich oraz perkusji jako instrumentu towarzyszącego. Pomimo tych minimalistycznych środków wyrazu, muzyki było pełno i była dość fascynująca. Na płytach jest zupełnie inaczej. Niemniej mogę nawet powiedzieć dużo lepiej. Na płycie Heavy Love jest bardzo dobrze. Może coś na ten temat skrobnę za jakiś czas.

A potem przyszedł czas na główną gwiazdę wieczoru. I tu uwaga, znów zaskoczenie. Mark Lanegan wyszedł na scenę tylko z gitarzystą. Czyli jednak tak będzie grać — pomyślałem. Band to gitarzysta i lecimy. Dlatego ten bilet taki tani. Zagrali dwa albo trzy utwory w “prawie ciemności”. Czerwona teatralna kurtyna za “zespołem”, czerwone światła skierowane na kurtynę, które nie ruszyły się przez następne 1,5 godziny oraz podświetlony z tyłu gitarzysta, a w zasadzie tylko jego sylwetka, światłem delikatnego niebieskiego reflektorka i całkowicie nieoświetlony Lanegan. Bosko, prawda? Jak z Davida Lyncha. Pomimo tego skok muzyczny od Duke’a do Marka to było przekroczenie Rubikonu.

Po jakimś czasie na scenę weszła reszta zespołu Mark Lanegan Band i zaczął się koncert z gatunku musisz to przeżyć. Tylko muzyka jako ceremonia, żadnych cudów dla oczu, tylko cuda dla uszu. Żadnego show, tylko koncert. Fascynująco wszystko grało, wszystko było słychać, selektywnie i zbiorczo, a o barytonie Lanegana i jego muzyce nie ma co mówić. Bo wszystko wiadome. A na koncercie było tak samo jak na płytach.

Teraz oczywiście kwestia kryteriów, czy to dobrze, czy na koncercie powinno być coś innego, coś wyjątkowego, coś magicznego. Chciałoby się to drugie, ale to naprawdę rzadkie.

Po koncercie (z bisami) wyszedł gitarzysta, pochwalił publiczność zdawkowym well done i powiedział, że za jakieś 10, 15 minut Mark pojawi się przy stoliku z płytami, koszulkami i gadżetami i będzie je podpisywał, więc do kolejki! No i wyjaśniły się ceny. Bo sprzedaż wzrosła o 100%, a płyta z autografem musi kosztować więcej, niż ta ze sklepu, bez autografu, prawda?

Ja też stanąłem w tej kolejce.

IMG_0266

Koncert: The Faye Dunaways, Duke Garwood, Mark Lanegan Band w Progresja Music Zone (5/5)

p.s. fajne zdjęcia tutaj

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *