Amy a my.

Amy a my.

Nie odbieram dzieła sztuki przez biografię twórcy, więc mam w wielu przypadkach znikomą wiedzę kto z kim spał, kto co ćpał, kto kogo zdradzał i jak. Dlatego wielu fenomenów pop kultury kompletnie nie absorbuję, gdyż są one bez tych istotnych faktów kompletnie dla mnie nieprzyswajalne, albo przez nadmiar obecności tych faktów w osmozie medialnej zaczynam być nieprzemakalny na same dzieła. Przepraszam, ale nikt nie jest doskonały.

O Amy Winehouse napisał kiedyś na cogra.pl Totem: “Nie cierpię tej dziewuchy! Jest paskudnie wytatuowana, ma brudne nogi, klnie jak szewc i wciąga nosem wszystko, łącznie z proszkiem Vizir…. Dość!

Muzykalność i wyczucie frazy rozkładają na łopatki. W jej piosenkach siedzą elementy jazzu, soulu, rocka i popu. Wszystko, co szlachetne w tych gatunkach podane w mistrzowski sposób… Do diabła, ona przecież ma brzydką barwę głosu…”

O Amy Winehouse napisała kiedyś na cogra.pl grafomAnka, której zdarzyła się niesamowita, cudowna i niezwykła historia z Amy w roli głównej.

A potem było to, co wszyscy wiedzą, że było. Nawet ja cynicznie uznałem, że Amy “po swojej śmierci jakoś tak ciekawsza się zrobiła”.

Aktualnie w kinach można zobaczyć film dokumentalny o Amy Winehouse nazwany “Amy”. Polecam. Niezależnie od stosunku do twórczości głównej bohaterki, czy opinii o samej bohaterce.

To film niezwykły. Dokument wykorzystujący taki ogrom niezwykłego materiału filmowego, że czasem ma się wrażenie, że niektóre sceny zostały nakręcone specjalnie na potrzeby filmu. Świadectwo naszych czasów, kiedy co chwilę włączamy kamerkę w smartfonach i nagrywamy filmy w jakości 2K. Ośmielę się rzucić tezę, że przy odpowiednich poszukiwaniach, zapewne o każdym człowieku na świecie można zrobić pełnometrażowy film dokumentalny, a co dopiero o celebrycie.

To film muzykalny, który odkryje Ci wielkie pokłady wrażliwości Amy, a może nawet przekona Cię do niej.

To dokument, który wygląda i trzyma w napięciu jak fabuła, choć zakończenie filmu znane jest każdemu widzowi od samego początku.

To film z tezą. Brutalną i naiwną, czyli czarno-białą. Ale dla mnie otwierającą i skłaniającą do przemyśleń.

Wcale nie chodzi mi o tatusia czy mężusia Amy, którzy odgrywają złe charaktery w tej historii. Nie chodzi mi też o słabą i ewidentnie nieradzącą sobie z życiem od zawsze Amy. Nie chodzi nawet o mamusię, która się wycofała i nie uzbroiła dziecka w wiarę w siebie. Pozwoliła, by jej dziecko wyprowadziło się z domu tylko po to, by bez przeszkód palić trawę, jedyny sposób na przeżycie. Przypomniała mi się książka “Najgorszy człowiek na świecie”. Uzależnienia nie są oznaką słabości. Są reakcją na słabość. Sposobem na przetrwanie w świecie, gdzie słabość, bycie sobą nie są cenione, a wręcz są wyśmiewane.

Amy była generalnie tylko w jednej rzeczy mocna. W śpiewaniu i pisaniu piosenek. O swoim życiu. Amy była autobiograficzna do bólu. Nie miała nic w sobie z Schopenhauera, który pochwałę samobójstwa głosił przy suto zastawionym stole. Ona była bezbronna i całkowicie nieprzygotowana do życia.

A my? Jesteśmy jej oprawcami. To myśmy ją zabili. Bo to my tworzymy i konsumujemy świat taki jaki jest. Ten rodzaj braku wrażliwości jaki wykazujemy wysyłając w świat film z koncertu w Belgradzie, gdzie Amy wysłała temu światu ostatnie, jak się okazało, S.O.S. swoje dramatyczne Mayday, Mayday. To okrucieństwo udostępniania go na swoich facebookach i twitterach, wyśmiewania jej w talk showach i śmiania się z tych dowcipów, choć parę lat temu kłanialiśmy się Amy w pas, że do nas przyszła i u nas zaśpiewała. To jest świat, w którym taka osoba jak Amy ma małe szanse na przetrwanie. Bo trzeba być kompletnie pochrzanionym albo całkowicie pozbawionym wrażliwości i uczuć, aby uznać, że tak jest dobrze i tak ma być. A uznajemy, że tak jest dobrze i tak ma być. Nie rozumiemy, że 500 tysięcy ludzi kupujących gazetę Fuckt ma wpływ na to jakie zdjęcie pojawi się na pierwszej stronie. Te pół miliona to nie są obcy. To my, ktoś z rodziny, przyjaciele, znajomi.

Owszem artyści to inna ułomna kasta. Sztuka jest skarpetą kulawego. To jednostki chore i skazane na zniszczenie w procesie ewolucji i przekazywania genów. Niemniej wspomnijmy częściej Amy Winehouse, kiedy będziemy wyśmiewać czyjąś depresję, która wygoniła go/ją do Azji, kiedy uznamy, że skoro został artystą to sam sobie winien, że łażą za nim paparazzi skoro się spasł jak świnia.

Amy zżerała samą siebie. Tworzyła tylko z tego co miała. Spokojnie mogła zaśpiewać: I tak wszystko co daję biorę z siebie. (Variete “Chcę wyjechać stąd”) To trudne, samobójcze podejście do sztuki. Rimbaud po prostu rzucił to w cholerę i wyjechał do Afryki handlować bronią. Inaczej mógłby nie przeżyć paru następnych tygodni. Dlatego takim osobom trzeba pomagać budować siebie.

To trudne. Moim zdaniem z filmu wynika, że największy grzech popełnili przyjaciele Amy. Wycofywali się. Często w filmie padały słowa: “Mówiłem jej: Amy, kocham Cię, nie akceptuję tego co robisz, ale to Twoje życie.”

Tak nie można. Ale z drugiej strony jeszcze nikt nie znalazł sposobu jak takim osobom jak Amy pomóc.

Czy w ogóle da się im tak po ludzku pomóc? Bez terapii, psychoterapii, chemii na receptę?

Czy Amy w którymś momencie miała szansę na inne, dłuższe życie?

Moim zdaniem nie.

Tego spojrzenia zabrakło mi w filmie, bo łatwo jest zwalić na kogoś winę, kiedy sam się ten ktoś podkłada. Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie.

Kogo oskarżamy? Samych siebie oskarżamy.

Amy [film]: (4.5/5)

 

 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *